Splugawione sacrum, nieziemskie profanum

Operowe dzieła romantyczne zdominowały współczesny świat teatralny. Każdy teatr posiada co najmniej kilka stałych kawałków XIX-wiecznych, na które najchętniej przychodzą całe rzesze melomanów. Od Rossiniego do Pucciniego, Włochy silnie trzymają w ryzach repertuary operowe, nie dopuszczając w swój ciasny krąg utworków z obcych krain. Najdzielniejszym oponentem jest Francja, której czasem uda się przedrzeć przez ciasną barykadę. Offenbach, Gounod, Massenet i Bizet to wspaniali żołnierze, walecznie niwelujący hegemonię krainy zza Alp. Opowieści Hoffmana, Faust, Manon, Werther reprezentują romantyczny styl francuski, a oprócz nich… cóż czasem jakiś Meyerbeer wyskoczy z szybką partyzantką i to tyle z tej operowej wojenki. Tylko Bizet ze swoją Carmen oczarowuje włoskich okupantów od 1870 roku. Erotyzm głównej bohaterki, przedstawiony w realistyczny sposób, zapowiada weryzm na długo przed dziełami Leoncavallo, Mascagniego czy Pucciniego. Oprócz Carmen warto wspomnieć o jego innej operze, o Poławiaczach pereł. Moim zdaniem to pozycja znacznie ciekawsza niż historia Carmencity. Orientalizm tkanki muzycznej okraszonej francuską delikatnością i subtelnością staje się niesamowitym doznaniem, szczególnie gdy wykonawcy potrafią sprostać niełatwej warstwie wokalnej. Szkoda, że pojawia się równie rzadko, co grand opéry Meyerbeera.


Już wracamy z wojennej dygresji, która przy okazji zdradziła moje niewielkie uprzedzenie do Carmen, nad którą zachwytów przecież nie ma końca. Nigdy nie rozumiałem jej fenomenu, to w końcu kilka arii zapadających w ucho – słynna Habanera - L'amour est un oiseau rebelle, pieśń Toreadora - Votre toast, je peux vous le rendre, jeszcze seguidilla - Près des remparts de Séville. Parę zupełnie nieprzekonywających recytatywów, garstka dialogów mających za zadanie przejście do tych „smaczniejszych” kawałków, i motyw losu, który przewija się przez całą operę. Co w tym ciekawego? Erotyzm głównej bohaterki? Kiedyś może był to element wyjątkowo kontrowersyjny, dziś już tak nie zaskakuje. No to może motyw losu, w postaci wagnerowskiego leitmotivu? Bynajmniej, te kilka dźwięków nie posiadają unifikacyjnej roli, tak jak w dramatach muzycznych Wagnera. Stanowi bardziej ciekawy powracający temat, który najpełniej rozbrzmiewa w zakończeniu, kiedy karciana przepowiednia w końcu się spełnia. No to może… mieszanie się sfery sacrum i profanum, które w tej operze zmieniają całkowicie swoje znaczenie?


Dopiero teraz zapaliła się czerwona lampka oznaczona plakietką „ciekawość”. Bo gdzie tu miejsce na kościół w pogańskiej kulturze cygańskiej? Postać Micaëli co prawda wskazuje na religię chrześcijańską, ale jest postacią zupełnie drugoplanową, która do zaśpiewania ma dwie arie, po czym całkowicie znika ze sceny. Okazało się jednak, że przestrzeni na tę tematykę jest aż za dużo, a Carmen w końcu przestała być sztampową opowieścią o trudnej miłości Carmencity z nieco nadpobudliwym Don José. Taką interpretację opery zaproponowała Emma Dante, w produkcji z 2009 roku we włoskiej La Scali.


Gratka to była nieprzeciętna - znana na całym świecie orkiestra, Daniel Barenboim za pulpitem dyrygenckim, Anita Rachvelishvili jako Carmen oraz Jonas Kaufmann w roli Don Joségo. Trio to legendarne, gdyż każda postać z osobna jest jedną z najjaśniejszych gwiazd współczesnej muzyki klasycznej. Kaufmanna nie trzeba nikomu przedstawiać, to tenor, o którym sam Domingo wypowiadał się, że jest on „następcą Pavarottiego”. Od Verdiego do Wagnera, jest w stanie tworzyć niezwykle oryginalne kreacje, a jego potężny głos potrafi udźwignąć wysokie „c” w Nessum Dorma. Anita Rachvelischivili to postać bardziej kontrowersyjna. Jej niski głos nie przekona każdego, choć w moim odczuciu może spokojnie konkurować z największą moim zdaniem mezzosopranistką - Eleną Obrazcową. Szczególnie jej płyta Anita świadczy o wyjątkowej maestrii w kontroli nad głosem, ciepłe piano, subtelnie zarysowane niskie tony, kulminacje wstrząsające sufitami. A na deser został Barenboim, wielki dyrygent i pianista, który w równie przekonywający sposób wykonuje wszystkie sonaty fortepianowe Beethovena co Święto Wiosny Strawińskiego. Tyle sław, tyle świetności, a publiczność z jakiegoś powodu buczy. Nowe odczytanie Carmen nie przypadło Włochom do gustu, choć koncepcja Dante była bardzo spójna i nie zakrawała o banał.


Kontrowersje wyniknęły właśnie z przedstawienia kościoła i wiary katolickiej, jako mało znaczącej, nastawionej na splendor oraz czysty zysk. Uwidacznia się to szczególnie podczas ostatniego aktu, na którym następuje wielka uroczystość na cześć toreadorów. Drobny ministrant dwoi się i troi, aby sprzedać jak najwięcej fantów dla mieszkańców Sewilli, z których zysk zostanie przekazany na przemarsz religijnych figur. Maszerujący tłum z księdzem na czele nie zwracają uwagi na dramat Carmencity, która dopiero co została pchnięta nożem przez zazdrosnego Don Joségo. Jej przyjaciółki szybko zasłaniają jeszcze ciepłe ciało, aby tylko nie przeszkodzić w kościelnych uroczystościach. Wydawać by się mogło, że jedyną postacią, stanowiącą wzór wiary chrześcijańskiej jest wcześniej wspominana Micaëla. W tym przypadku jej religijności zostaje jednak przysłonięta przez miłość do Don Joségo. Jej prośby i błagania, aby powrócił do chorej matki, wiążą się z jej własną potrzebą poślubienia antybohatera. Ten może się z nią ożenić, jedynie z jej błogosławieństwem. Kulminacja tego wątku przypada na III akt, kiedy Micaëla zaczyna szantażować protagnistę, aby powrócił do umierającej matki. Imituje na moment łóżko, w którym leży poważnie chora kobieta, chcąc zaznaczyć wagę jej słów. Czy faktycznie matka bohatera była umierająca, czy był to kolejny sposób na przekonanie mężczyzny do szybkiego ślubu?

Jonas Kaufmann jako Don José oraz Adriana Damato jako Micaëla, Carmen, Akt III La Scala 2009.


Na pierwszym planie Emma Dante umieszcza pogańskie wierzenia oraz zmysłową przyjemność. O erotyzmie Carmen nie trzeba dużo mówić, jest ona oczywista i pokazana właściwie od pierwszego jej pojawienia się na scenie. W tej inscenizacji wymiar zmysłowy powiązany jest z kwiatami, które pracownice fabryki cygar noszą w ustach, nim zanurzą się we wspólnej kąpieli. Odczytuję to jako pewne nawiązanie do Parsifala Ryszarda Wagnera, gdzie Kobiety-Kwiaty stają się jednymi z najniebezpieczniejszych istot w świecie Graala i chrystusowej włóczni. Tak tutaj kobiety są bardzo niebezpieczne, nie tylko przez ich agresje, która wybucha zaraz po zmysłowej Habanerze, ale również przez ich manipulacje, w której mistrzostwo osiągnęła Carmencita. Kto mógłby zapomnieć drugi akt, kiedy po wielkiej arii La fleur que tu m’avais jetée, w której Don José na tle ekstatycznych akordów wyznaje Carmen swoją miłość, ta odpowiada mu zimnym – Non, tu ne m'aimes pas! (nie, ty mnie nie kochasz!). Zresztą to jeden z najważniejszych punktów zwrotnych w operze, po którym zazdrość Don José będzie jedynie nabierać na sile.


Anita Rachvelishvili jako Carmencita, Carmen, Akt I, La Scala 2009.


Profanum najwyraźniej wiąże się z postacią Escamillo – toreadora, z którym liczą się wszyscy przedstawiciele hiszpańskiej bohemy. Zawsze podróżuje w anturażu białych zamaskowanych postaci, które od razu nasunęły mi obraz z Mefistofelesa Arrigo Boita. Tam w podobnych kostiumach wystąpił anielski chór, otwierający i zamykający kompozycję włoskiego twórcy. U Bizeta postaci te funkcjonują jako świta toreadora, nie pozwalając zbliżyć się zbytnio do kapłana ludu. O jego ważnej roli świadczy również dość nieprzyjemny obraz z Encierro, w której pogoń byków zakończyła się śmiercią dwóch zwierząt. Ogromne płótna rozciągane są podczas II aktu, kiedy po raz pojawia się Escamillo. To jeden z najwyraźniejszych i najjaskrawszych przykładów na religijne zapatrzenie się w postać toreadora.


Anita Rachvelishvili jako Carmencita oraz Erwin Schrott jako Escamillo, Carmen, Akt II, La Scala 2009.


W trzecim akcie została przedstawiona kolejna odsłona wiary pogańskiej. Gdy nasi bohaterowie rozbijają górski obóz, pojawią się tajemnicze leśne figury, które stanowią początkowo rolę dekoracji, jednak po pewnym czasie okazuje się, że są to żywe stworzenia, skrywające przestępców pod swoimi gałęziami. W końcu zasłona losu opada, gdy trzy kobiety postanawiają powróżyć sobie z kart, a Carmen po raz kolejny przepowiada sobie śmierć. Wtedy spokojnie śpiący cyganie podnoszą niepostrzeżenie parę drewnianych krzyży, które piętnują ich jako kolejne potencjalne ofiary kostuchy. Pojawiają się również kolejne zakapturzone postaci, całe w czarnych szatach, które zdają się pomagać umierającym w ostatniej drodze – ich brak w momencie prośby Micaëli o powrót Joségo do domu… może świadczyć, że jego matka wcale nie była umierająca.


We włoskiej La Scali, zetknęły się więc dwa światy, bezwartościowa warstwa sacrum oraz przewartościowana sfera profanum. Rozumiem pewne kontrowersje wynikające z przedstawienia historii tak dobrze wszystkim znanej w zupełnie inny sposób. Równocześnie pochwalam buczenie publiczności, jako wyraz aktywnej postawy widowni, której tak często brakuje na dzisiejszych koncertach. Wyrażanie swoich odczuć względem nowych pomysłów jest potrzebne, choć w tej materii zupełnie się z tą reakcją nie zgadzam. Dzięki takiemu odczytaniu Carmen odnalazłem nowe aspekty, nad którymi warto się pochylić, nie stanowiąc pustej opowiastki miłosnej Carmencity i Don Joségo. Każdemu polecam zmierzenie się z tą produkcją, jeżeli nie dla nowego odczytania tej już dobrze zadomowionej opery, to dla świetnego wykonania, zresztą jednego z najlepszych które ostatnio dane mi było zobaczyć. Spektakl jest bezkompromisowy, wyrazisty i bardzo kontrowersyjny… czego chcieć więcej?

55 wyświetleń0 komentarzy