Charles Wuorinen – nomen nescio

Święta święta i po świętach. Zaległości muzyczne zostały nadrobione i należy powrócić do regularnych wpisów na blogu! A komu zostanie poświęcony pierwszy pełnoprawny kwietniowy post? Mianowicie pewnemu kompozytorowi, którego twórczość jest równie interesująca, co w Polsce nieznana.


Charles Wuorinen, bo o nim mowa, pozostawił w swoim dorobku muzycznym ponad 280 utworów. Kompozytor zmarł zaledwie rok temu, ale pamięć o nim przetrwała dzięki wyrazistym kompozycjom serialnym oraz licznym nagrodom. Wśród wielu wymienię zaledwie jedną, ale jakże znaczącą, gdyż chodzi o nagrodę Pulitzera, przyznaną za jedyne w dorobku Wuorinena dzieło wyłącznie elektroniczne - Time's Encomium. Ale czym w ogóle jest technika serialna, którą kompozytor wykorzystywał w praktycznie wszystkich swoich utworach? W dużym uproszczeniu polega ona na ułożeniu serii elementów dzieła muzycznego (np. rytm, dynamika, artykulacja), które następują po sobie w określonej kolejności. Swoje początki miała w Czterech etiudach rytmicznych Oliviera Messiaena (choć ten utwór to wyjątek w jego twórczości) oraz w szkole darmstadzkiej, funkcjonującej po II wojnie światowej. Stamtąd rozwinęła się w dziełach Karlheinza Stockhausena, Pierre'a Bouleza czy Iannisa Xenakisa, natomiast do Ameryki dotarła dzięki Arnoldowi Schoenbergowi. Zza ocenu przybyła jednak w formie "okrojonej", gdyż późne kompozycje założyciela II szkoły wiedeńskiej wykorzystują co prawda konkretny układ dźwięków, które ułożone są według pewnej kolejności (w tzw technice dodekafonicznej), niemniej jego serie nie dotyczą innych elementów dzieła muzycznego. W postaci „czystej” serializm odnajdziemy w twórczości kompozytorskiej i teoretycznej Ernsta Kreneka i ważniejszego dla późniejszego języka muzycznego Wuorinena – Miltona Babbitta.



Ach tyle historii, a główny bohater dopiero się pojawił, jednak to nie przez przypadek długi wstęp do sylwetki Charlesa Wuorinena. Warto mieć na uwadze, jak daleką drogę przeszedł serializm, aby swoje odzwierciedlenie znaleźć w wyjątkowo oryginalnej muzyce 12-dźwiękowej amerykańskiego kompozytora. Po pierwszym zetknięciu z jego twórczością, nie sposób nie odnieść wrażenia pewnego chaosu – gęsta tkanka muzyczna „przelewa” się przez cały utwór, czasami rozrzedzając swoją fakturę. Właśnie to wrażenie przypadkowości było głównym zarzutem do kompozycji serialnych, gdyż za partyturą stał tak duży proces intelektualny, że nie pozostało miejsca dla tradycyjnej narracji muzycznej oraz napięć i odprężeń harmonicznych. Najlepiej zobrazować to na Strukturach na dwa fortepiany Pierre’a Bouleza, które mogą brzmieć (abstrahując od wykonania) niczym gęstwina losowych dźwięków wybijanych z wściekłością na klawiaturach instrumentów. Zdziwienie jest tym większe, jeżeli zerknie się w partyturę i zauważy niezwykłą dokładność w opisie każdej nuty i złożoność procesów kompozytorskich, ujawniających się dopiero po wniknięciu w głębszą warstwę dzieła. W podobnej sytuacji znajdują się niektóre utwory Wuorinena np. Trzecia Sonata Fortepianowa czy żywiołowy Koncert na amplifikowane skrzypce i orkiestrę.



Jednak to nie o tym Koncercie chciałem powiedzieć dwa słowa. Na warsztat wziąłem bowiem Pierwszą Symfonię Perkusyjną (1976)- jedną z najciekawszych kompozycji z dojrzałego okresu twórczości Wuorinena. Swoją oryginalność zawdzięcza nie tylko składowi wykonawczemu, który wymaga aż 24 wykonawców, ale również długości trwania utworu – około 40 minut. Złożona jest z pięciu części, z czego dwie z nich to Entr’acte'y, swego rodzaju łączniki między głównymi częściami dzieła. Zwróćmy uwagę na te „intermezza”, gdyż są one całkowicie skontrastowane pod względem serialnego języka muzycznego kompozytora. Wykorzystują bowiem materiał z renesansowego chanson Vergine Bella Guillaume Dufaya. Aranżacja utworu wokalnego na instrumenty o określonej i nieokreślonej wysokości dźwięku funkcjonuje jako odprężenie po ekspresyjnych i szorstkich częściach głównych, które operują z jednej strony centrami tonalnymi, a z drugiej - pełnym dwunastodźwiękiem. Wokalność i diatoniczność łączników, obrazują w jaki sposób Wuorinen podchodził do tradycji muzycznej. Wielki szacunek i fascynacja muzyką dawną, przekłada się na wierne oddane melodie i harmonie w obydwóch Entr’actach.


Zagłębmy się jednak w ciekawostki analityczne Symfonii Perkusyjnej. Technika serialna jest obecna w każdej z głównych części, a ich rozłożenie w poszczególnych fragmentach, może przypominać konkretne formy z muzyki klasycznej czy romantycznej. Pierwsza część to nawiązanie do formy sonatowej – temat, który na nią wskazuje jest dość zakamuflowany w dynamicznej kłótni między poszczególnymi instrumentami perkusji. Wyraźny powrót tematu części, zaznacza moment repryzy, w której nastąpiła znacząca zmiana harmoniczna. Rozpoczęliśmy bowiem w centrum tonalnym G, a w zakończeniu pierwszego ogniwa Symfonii wylądowaliśmy i zawiśliśmy pomiędzy centrum G i C. Złapaliśmy jednak równowagę i odnaleźliśmy kolejne centrum – D. Wokół niego orbituje pierwszy Entre’acte oraz początek wolnej części Symfonii. To właśnie część druga ewokuje impresjonistyczne obrazy nocy, w stylu Bartokowskiej Muzyki na instrumenty strunowe, perkusje i czelestę. Jej nokturnowa natura wynika z niezwykłej skrupulatności kompozytora w doborze barw instrumentalnych oraz powolnej podróży harmonicznej, gdy w zakończeniu znajdujemy się daleko, bo aż w centrum As, w relacji trytonu - interwale iście diabelskim. Zza ciemnych chmur wychodzi jednak słońce, ciepłe promienie oświetlają ponure krajobrazy drugiej części – znajdujemy się bowiem w błyszczącej i bohaterskiej zbroi centrum Es-dur. Muzyka Entr’actu ponownie czerpie garściami z Vergine Bella, natomiast tym razem polifonia renesansowego chanson rozłożona jest na instrumenty o nieokreślonej i określonej wysokości dźwięku. Przez takie rozwiązanie, pozbawieni jesteśmy pewnej stabilizacji, gdy wciąż brakuje konkretnego tonu. Zdaje się, iż ciemna noc drugiej części pozostawiła swój ślad na XV-wiecznej pamiątce z przeszłości. Ale oto już finał, podobny do pierwszej części i jej szybkiego tempa. Wychodzimy od Es i szerokim łukiem, przechodząc przez zawiłości harmoniczne dochodzimy… do początku. Bo oto radosne G wita nas szerokimi ramionami i zaprasza do ekstatycznej zabawy. I już zamknęły się drzwi szczęśliwego domu, a plama księżyca dotyka zamkniętej bramy, dwa razy uderzając w metalowy dzwoneczek.


Ileż tu technikaliów, tyle analizy, jakieś dwunastodźwięki, jakieś centra tonalne, a co ostatecznie po tym pozostaje? Pierwsza Symfonia Perkusyjna to przyznam jedno z moich ulubionych dzieł Charlesa Wuorinena – posiada odpowiedni balans pomiędzy awangardowym językiem serialnym oraz neoklasycznym rozumieniem harmoniki. Entr’acte'y, które nie mają co prawda większego znaczenia w budowie formalnej, pozostają najlepszym świadectwem na poszanowanie tradycji muzycznej przez kompozytora. Posiadają nieodparty urok, a ich wokalna natura wzbogaca kompozycję o wysmakowane melodie, których brak chociażby w pierwszej części. Chociaż muzyka Wuorinena nie przypadnie do gustu każdemu, warto jednak podjąć wyzwanie i zagłębić się w iluzoryczny chaos jego utworów. Każda z jego kompozycji zawiera bowiem bardzo przemyślaną konstrukcję, która znaczy więcej niż mogłoby się na pierwszy rzut ucha wydawać. Już wystarczy gadania, niech zabrzmią dźwięki!



40 wyświetleń0 komentarzy