Christa Wielka

O zmarłych ponoć albo dobrze, albo wcale. Skoro chcę mówić, to będę mówił w samych superlatywach, bo akurat o Chriście Ludwig trudno znaleźć cokolwiek złego. Głos jedyny w swoim rodzaju (cóż za nieśmiertelny banał!), tak barwny, że pasujący i do Mozarta, i do Wagnera. Mezzosopran o niebotycznej skali, zdolny do sięgnięcia po repertuar sopranowy, a wciąż brzmiący i bez natrętnego wibrato. Zmarła wielka artystka. I kropka.


Mój pierwszy kontakt z jej nagraniami miał miejsce kilkanaście lat temu, gdy dostałem z jakiejś okazji (może Dzień Dziecka?) skromny box "The art of Christa Ludwig". Wydany przez jeszcze wtedy istniejące EMI stanowił przegląd przez jej najświetniejsze momenty: pieśni Brahmsa, Schuberta, Mahlera, fragmenty z Don Giovanniego, Carmen (po niemiecku!), Pasji Janowej i Mateuszowej, w tym także takie cudeńka jak Pieśni Madagaskarskie Ravela czy Abschied z Pieśni o ziemi. Zrazu jej głos wydawał się mi nieco zbyt ciężki, bardziej przekonywała mnie Victoria de Los Angeles i Elisabeth Schwarzkopf, słuchane przeze mnie wtedy na okrągło. Ale z czasem Christa Ludwig zaczęła mnie intrygować dojrzałością, precyzją i wszechstronnością.


Wyjątkowo sugestywnie wypadała w repertuarze pieśniowym, intymnym. Ciepło jej mezzosopranu otulało moje dziecięce uszy i pozwalało stopniowo poznawać repertuar, nazwijmy, trudniejszy, bardziej skomplikowany harmonicznie i głębszy emocjonalnie: Wesendonck-Lieder, Alto-Rhapsodie czy, domykający cały box, jakże niebiański i eteryczny finałowy tercet z Kawalera z różą Ryszarda Straussa. I tu już byłem absolutnie zakochany.



Dalej do kolekcji dołączyły jej pełne wykonania operowe: Parsifal (ponoć przy ćwiczeniu krzyków Kundry z II aktu nadwyrężyła sobie struny głosowe...), Śpiewacy norymberscy i absolutnie fenomenalny Zamek Sinobrodego, zarejestrowany z jej ówczesnym mężem, Walterem Berrym. Nie zapomnę wrażenia, jakie wywarło jej wysokie "c" w V Drzwiach, niczym oślepiający blask królestwa Sinobrodego... I nie można też nie wspomnieć, że partnerowała jako Adalgisa w jednej z dwóch studyjnych realizacji Normy z Marią Callas w roli tytułowej. Partnerowała, słowo nie do końca oddaje sprawiedliwość - idealnie harmonizowała się z gęstym sopranem, tak miękko w Mira, o Norma.


Lecz wciąż mi czegoś brakowało... i tym czymś właśnie okazały się nagrania wideo z jej udziałem. Na nie przyszedł czas dopiero niedawno, za to na jakie! Najdoskonalszy Fidelio jaki można sobie tylko wyobrazić, wyważona Suzuki u boku Mirelli Freni w Madame Butterfly, Candide w którym skradła całe show Bernsteina czy filmowe Cosi fan tutte z kryształową Gundulą Janowitz. Zwłaszcza Beethoven i Mozart naświetlają ją jako prawdziwą heroinę i komiczną subretkę, dwie strony jej emploi, przy czym słuchacze przywykli raczej do odsłony Ludwig jako dostojnej interpretatorki Mahlera. A tu figa, niesłabnący uśmiech, obecny bodaj na wszystkich jej fotografiach zdradzał charakter bynajmniej nie taki poważny.


Nim jednak opowiem więcej o Mozarcie, chciałbym skupić się na moment na owym Fideliu. Legendarna inscenizacja pochodzi z 1963 roku z Deutsche Oper, rejestracja jeszcze w czerni i bieli, rzecz jasna w jakości nie Full HD. Mimo że to partia sopranowa, Ludwig zupełnie bezproblemowo sięgała po najwyższe dźwięki, czysto i dramatycznie. Zresztą, przy zachowawczej, prostej scenografii (prawie pusta scena) pozostała jedynie porządna gra aktorska, nieprzesadna, ale robiąca piorunujące wrażenie (poniżej dowód, wielka scena Leonory z I aktu).


Obok niej błyszczeli James King jako Florestan oraz Walter Berry jako Pizarro. Szczególnie ten ostatni, zupełną powściągliwością, statyką i zredukowaniem afektu tylko do mimiki twarzy czarował czarną magią złoczyńcy. Spektakl uzupełnili William Dooley (Fernando) i młodziutka wtedy Lisa Otto (Marcelina). Za pulpitem dyrygenckim stanął Artur Rothner, wybierając tempa co najmniej szalone, że śpiewacy lewo mogli nadążyć. A i dla dramaturgii całości dobrze zrobiła rezygnacja z odegrania uwertury Leonory III między scenami II aktu, która przecież redundantne powtarza, co działo się moment wcześniej. Kogo Beethoven swoją symfoniczną operą nie przekonał, ten musi sięgnąć po to nagranie, lepszego bowiem nigdy nie było i nie będzie.



Wspomnianą vis comica udowodnię na jednym tylko przykładzie - partii Dorabelly w Cosi… Mozarta. Jak to w produkcjach filmowanych dawniej bywało, wszystko dość anachroniczne, zamiast napisów, co pewien czas ukazują się oczom widza niebieskie banery streszczające akcję, jak w niemym filmie. A akurat w tym Mozarcie dzieje się mało - geniusz z Salzburga czerpiąc z ultraseksistowskiego libretta da Pontego zmajstrował klejnocik obfitujący wprawdzie w cudowne arie, niemniej… straszliwie płytki. Całość ratują tylko śpiewacy. I oczywiście Christa bryluje, umiejętnie grając rolę zasmuconej, opuszczonej narzeczonej, tarzając się po łóżku i rzewnie łkając (tak, my znamy te łzy), by kilka scen później powoli dać się omotać intrydze, nie udając wcale świątobliwej cnotki. Tu zalotnie mrugnie okiem do Hermana Preya, tu puści szeroki uśmiech albo z bezbrzeżną naiwnością odda podarek od ukochanego. A do tego śpiewa anielsko i kolorowo, aż żal, że ta wersja z 1970 roku została nieco okrojona.


Wiener Philharmoniker poprowadził Karol Böhm, dyrygujący spokojnie, z dzisiejszego punktu widzenia zdecydowanie brakuje lekkości, żwawości i adekwatniejszych temp. To przecież czasy przed erupcją wykonawstwa historycznie poinformowanego. Obok Ludwig, Janowitz i Preya w obsadzie znaleźli się Luigi Alva, Olivera Mijakovic i ponownie Walter Berry w roli mąciwody Don Alfonsa. Reżyseria Vaclava Kaslika jest, co tu dużo mówić, mało oryginalna, całość wypada statycznie i usilnie próbuje być inscenizacją filmową w typie Ponnelle’a (ach, Wesele Figara z Freni, Preyem, Fischer-Dieskauem…), ale bardzo się nie udaje. Geniusz Francuza był jeden na milion, a silenie się na niego trąci zawsze mniej bądź bardziej udaną podróbką. Z drugiej strony, nie dla tego ogląda się takie przedstawienia, ogląda się je, żeby usłyszeć głosy tak cudowne, że nieporównywalne z niczym innym.


Razem z Christą Ludwig przechodzi do przeszłości epoka największych śpiewaków pieśni. Bezsprzecznie. Zamilkł również jeden z najbardziej wszechstronnych mezzosopranów.

Od Cherubina w Weselu... i księcia Orłowskiego w Zemście nietoperza po Klitajmestrę u Ryszarda Straussa i Frickę w Walkirii stworzyła kilkadziesiąt ról, których lwia część stała się interpretacjami-wzorcami dla wielu młodszych wykonawców.


Nie wiem, czy po drugiej stronie czeka nas inny (lepszy?) świat, czy wieczny mrok. Mam tylko nadzieję, że będzie tam miejsce na jej humor i wielką Sztukę. I także na jej tango-łamango. Bo w końcu she is easily assimilated.



32 wyświetlenia0 komentarzy