Czekając w napięciu

Wiosna roku nieparzystego, czyli to oznacza... tak, Festiwal Prawykonań "Polska muzyka najnowsza". Tegoroczna edycja winna była wystartować już kilka dni temu, ale pandemia, instytucje pozamykane, publiczność nie ma wstępu do sal koncertowych... Planowane instalacje multimedialne przeniosą się na jesień, a obecna, dziewiąta odsłona będzie rozdzielona na trzy części: kwietniową, październikową i listopadową. Już w najbliższy piątek i niedzielę dwa koncerty z orkiestrą NOSPR-u, rzecz jasna - online. Nim jednak one zabrzmią i przyjrzymy się im na naszym blogu, dzisiaj chciałbym przypomnieć jak to jeszcze niedawno bywało, czyli moją zwięzłą relację sprzed dwóch lat.

 

Już 8. Festiwal Prawykonań za nami! Przez ostatni weekend marca katowicki NOSPR stał się centrum świata muzyki najnowszej. Chyba nie ma w Polsce drugiego takiego wydarzenia, które obfitowałoby w tak wiele atrakcji skupionych wokół jednego tylko „tematu” – prezentacji nowo powstałych utworów, niejednokrotnie zamawianych specjalnie na tę okazję. Warszawska Jesień Warszawską Jesienią, przecież Śląsk nie może być gorszy i swoje trzy grosze dorzuca.


Historia tego festiwalu sięga 2005 roku, od tego czasu przybiera formę biennale. Wcześniej swoje dzieła prezentowali tu m.in. Marta Ptaszyńska, Roxanna Panufnik, Krzysztof Knittel, Zbigniew Penherski i inni. Przyciąga rzesze miłośników muzyki współczesnej nie tylko z Polski, ale również z zagranicy. Spiętrzenie koncertów w ciągu jednego tylko weekendu może się zdawać dawką trudną do przełknięcia, niemniej rozplanowanie kompozycji w programie, umiejętne ich zestawienie daje odbiorcom chwilę i wytchnięcia, i silnego skupienia.


W tym roku występy odbywały się nie tylko w murach katowickiego NOSPR-u, także w labiryncie obok niego i w nieopodal położonym Rondzie Sztuki. Podczas trzech dni odbyło się siedem koncertów, dwie instalacje i tym samym zostało prawykonanych ponad 30 dzieł polskich kompozytorów. Zaprezentowały się zespoły NOSPR-u, niezastąpiona Orkiestra Muzyki Nowej, Camerata Silesia, orkiestra AUKSO pod dyrekcją m.in. Marka Mosia, Szymona Bywalca, Alexandra Humali, Anny Szostak i José Maria Florência. Nie mogło zabraknąć składów kameralnych - Kwartetu Śląskiego czy Radiowej Grupy Perkusyjnej, też solistów - Gabrieli Szendzielorz-Jungiewicz, Joanny Freszel, Bartłomieja Dusia czy Linusa Rotha.


Najjaśniejszymi punktami wszystkich trzech dni niewątpliwie były sobotni koncert w południe z wielka kreacją Agaty Zubel oraz niedzielno-wieczorny koncert zamknięcia. Wrocławianka pokazała swoje niebotyczne umiejętności wokalne, doskonały słuch, a co więcej - ponoć debiutowała w takiej roli - skrzętnie połączyła śpiew z równoczesną grą na perkusji (agresywne Pieśni konstruktywistyczne Zagajewskiego). AUKSO wraz z solistami na zakończenie zabrało publiczność w podróż szlakiem brzmień wysublimowanych (Pstrokońska-Nawratil), chwilami filmowych (Mikołaj Górecki) czy jazzujących (Majkusiak). Bardzo pozytywnie zaskoczyła Nikolet Burzyńska i jej Lilt of the Garden, Dziewczynka z zapałkami Przemysława Schellera, Black Rainbows Tomasza Jakuba Opałki, Z nich wynika wszystko inne Justyny Kowalskiej-Lasoń oraz Welovelive Cezarego Duchnowskiego. Wszystkie miały wyrazistą narrację, która rozwijała się naturalnie, doskonale wykorzystywały walory brzmieniowe składu, na jaki zostały zapisane, spójne harmonicznie i ekspresyjnie, a wykonawcy dołożyli od siebie to „coś”, co sprawiło, że kreacje na długo zapadły w pamięć. Rozczarowujące okazały się dzieła Wojciecha Ziemowita Zycha (Półskrzenie-półśnienie), Piotra Mossa (V Symfonia „La bizarre”) i Adriana Konarskiego (Pieśni o miłości). Zych nudził narracją i brakiem wyczucia w użyciu zbudowanych metalofonów, Moss był zdecydowanie za długi i zbyt ciężki, a Konarski - zupełnie banalny.


Instalacje muzyczne stanowiły zaś intrygujące dopełnienie wszystkich występów. Gdzieniegdzie Pawła Hendricha i Tomasza Strojeckiego w Rondzie Sztuki ujęło mnie przede wszystkim pomysłowością połączenia obrazu i muzyki w tak koherentną całość. Krótkość poszarpanych fraz muzycznych miała swoje odzwierciedlenie w migawkach wydarzeń czy reklam na ekranach. mYear 2019 Michała Moca za to mogło nieco przerastać możliwości percepcyjne odbiorców, spacerujących wśród nosprowskiej zieleni. Otoczenie przez ponad 100 głośników, z których dobywały się krótkie, atonalne frazy oraz zadanie, by wśród tego gąszczu odkryć osiem zapisanych melodii było praktycznie niewykonalne. Choć z drugiej strony można było poćwiczyć swój słuch i zaczerpnąć świeżego powietrza między koncertem kameralnym a symfonicznym.


Podsumowując – festiwal odniósł w moim odczuciu, mimo drobnych niedoskonałości, spory sukces. Większość utworów prezentowała naprawdę wysoki poziom, dotykając bardzo różnych zagadnień warsztatu kompozytorskiego. Ciekawe jest, że najlepszymi okazały się te oparte właściwie na tradycyjnej formie, o trwałym kośćcu harmonicznym, a poszukujące czegoś nowego, awangardowego niejednokrotnie okazywały się zbyt przeintelektualizowane. Czyżby tradycja zwyciężyła nad nowością? Z takim pytaniem z niecierpliwością czekam na kolejny Festiwal już za dwa lata.

 

...a poza relacją, by jeszcze lepiej przypomnieć sobie tę atmosferę, polecam nagranie świetnego Colusa Aleksandra Nowaka. Tak na deser, ale i przystawkę przed tym, co zaraz się rozpocznie.



28 wyświetleń0 komentarzy