Dobro wolności

W polskiej muzykologii ukuło się już dawno pojęcie Pokolenia '51 (na zmianę zwanego Pokoleniem Stalowowolskim), czyli trójki śląskich twórców urodzonych w 1951 roku: Eugeniusza Knapika, Andrzeja Krzanowskiego i Aleksandra Lasonia. Ich debiut w drugiej połowie lat 70. na festiwalu „Młodzi Muzycy Młodemu Miastu” w Stalowej Woli został zgodnie okrzyknięty odwrotem od awangardy i zwrotem ku melodii – okrzyknięty zgodnie, chociaż drogi Ślązaków szybko rozeszły się w trzy bardzo różne strony. Podstawowe idee były wspólne – odejście od hegemonii „nowości”, zapatrzenie w wolność (szczególnie tę prezentowaną przez Charlesa Ivesa) oraz poszukiwanie Sacrum w naturze. Tak mocnemu wejściu na scenę kompozytorską towarzyszyła recepcja krytyczna – wśród „teoretyków” Nowego Romantyzmu trzeba wymienić Krzysztofa Drobę, Mieczysława Tomaszewskiego i Andrzeja Chłopeckiego. Debiut Knapika, Krzanowskiego i Lasonia zbiegł się również z „konwersją” Pendereckiego i Góreckiego – lata 70. to czas powstania I Koncertu skrzypcowego i III Symfonii „Pieśni żałosnych”.


Aura tamtych lat towarzyszyła pierwszemu koncertowi "Festiwalu Śląskich Kompozytorów ­– Wokół Pokolenia Stalowowolskiego (1951)" w Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego (bo gdzież indziej?), na którym Orkiestra Muzyki Nowej pod dyrekcją Szymona Bywalca wykonała trzy kompozycje solenizantów: Koncert na dziewięciu wykonawców i dwie taśmy magnetofonowe Andrzeja Krzanowskiego (prawykonanie, o czym poniżej), Tak jak na brzegu morza… na zespół instrumentalny i taśmę magnetofonową do słów Paula Valéry'ego Eugeniusza Knapika oraz Metta. Sinfonia concertante nr 2 na rożek basetowy, klarnet basowy i orkiestrę kameralną Aleksandra Lasonia. Zrozumiały jest wybór do programu dwóch pierwszych dzieł jako exemplów ich wczesnej twórczości – zupełnie nieprzystająca była do nich Symfonia Lasonia sprzed dwóch lat, estetycznie i warsztatowo zakotwiczona w zupełnie innym świecie.


Twórczość Krzanowskiego, choć wrzucana do jednego, noworomantycznego worka, odstaje od pozostałych olbrzymim ładunkiem emocjonalnym i chwilami wręcz sonorystycznym zacięciem. Koncert stanowi skrócony i zredukowany do formy jednoczęściowej materiał spektaklu Transpating (premiera na Warszawskiej Jesieni w 1977 roku). Datowana na 1983 rok partytura przeleżała w szufladzie aż 38 lat (dokładniej mówiąc, jest to trzeci wariant Koncertu; każdy spośród nich różni się nieco czasem trwania i obsadą). W utworze przytłaczała masa dźwięku – gwizdki, terkotki, syreny i dzwonki kościelne tworzyły gęsty tumult. Utwór zyskiwał zaś dopiero w granych piano koncertujących odcinkach pełnych wijących się linii fletu, akordeonu i gitary elektrycznej. Jak na dzisiejsze standardy połączenie elementów muzyki konkretnej i efektów à la wczesny Stockhausen na taśmach brzmiało nieco archaicznie. Ale to w tym utworze nie jest najważniejsze – muzyka Krzanowskiego z całej trójki jest bodaj najbardziej autobiograficzna, przekuwa w dźwięki codzienność kompozytora między stacją kolejową, rafinerią a kościołem - muzyczny "hałas" można tym uprawomocnić. Próbując stworzyć bardziej hermeneutyczną interpretację, Koncert jawił się jak wędrówka od mrocznego chaosu do fosforyzującego światła, a efekt ten wzmacniało uproszczenie harmonii i odtworzony z taśmy cytat ze Stabat Mater Karola Szymanowskiego.


Także z taśmą i także o wyraźnej koncepcji ideowej był utwór Eugeniusza Knapika Tak jak na brzegu morza… z tekstem Paula Valéry'ego. W kompozycji z lat 70. wyraźne zarysowują się dwa światy: instrumentalny i taśmy z nagraną recytacją oraz brzmieniem organów. Zrazu sobie przeciwstawne, nieprzystające do siebie, stopniowo zaczynają tworzyć spójny obraz. Obok Le Chant także do słów Valéry'ego, Tak jak na brzegu morza… wpisuje się w „dyptyk morski”, kompozycji przesyconych wolnością i duchem natury - wodnego żywiołu. W obu też kluczem do interpretacji jest zawołanie: do morza (Le Chant) i – metonimii morza – fali (Tak jak na brzegu morza…). Właśnie w drugim utworze od wspomnianej inwokacji muzyka zaczyna iść innym torem, bardziej eufonicznym i rozpływającym się w delikatnej harmonii pentatonicznej. Doskonale antycypuje dalsze myślenie o formie muzycznej i o muzyce sensu stricte w twórczości Eugeniusza Knapika – brzmi zaskakująco aktualnie przy zestawieniu z monumentalnym Mobym Dickiem.


Na zakończenie – Metta Lasonia. Forma Sinfonii concertante nr 2 to refleks formy sonatowej z dwoma tematami i rozbudowaną kodą. Pierwszy, masywny w brzmieniu z charakterystycznymi dla warsztatu Lasonia szeroko- i wąskozakresowymi glissandami smyczków oraz egzotyczną perkusją (gongi i tam-tam) przeciwstawiał się falującym fioriturom solowych instrumentów na tle ostro wybijanych rytmów na tomach. W środku, części quasi-przetworzniowej, do głosu dochodziły zarysowane w „ekspozycji” wątki poboczne – temat w rytmice ludowej z repetycjami oraz bruistyczne klastery blachy. Domknięcie całości stanowił pęczniejący chorał o wyraźnie hymnicznym charakterze (godny uwagi jest fakt, że skromny zespół z amplifikowanymi smyczkami brzmiał iście symfonicznie, przez co chwilami przykrywał solistów – Romana Widaszka i Jadwigę Czarkowską). A co do tytułu – metta to pojęcie wywodzące się z filozofii buddyjskiej i oznaczające bezwarunkową dobroć, miłowanie i współczucie. W takim kontekście Sinfonię concertante nr 2 odczytywać można jako serdeczne podsumowanie i radosną afirmację całej dotychczasowej twórczości. Stąd utwór zawiera w sobie wiele odniesień: z jednej strony do sonorystycznych początków, a z drugiej – idiomu eufonii, harmonii natury (dalekie aluzje do góralskich zaśpiewów). Przecież metta brzmi prawie jak greckie meta, coś ponad, własny kod meta-muzyki pozwalający odczytać dodatkowe konteksty.


Trudno zebrać słowa na podsumowanie. Twórczość Pokolenia '51 jest mi pod wieloma względami bardzo bliska – studiuję na Akademii w Katowicach w klasie Eugeniusza Knapika i w mniej czy bardziej uświadomiony sposób ideały tej trójki do mnie docierają. Choć to twórcy o kilka pokoleń starsi ode mnie, ich muzyka trafia do mnie głęboko – swoim humanistycznym i uniwersalnym przekazem. Wymyka się zupełnie poza XX wiek i odwołuje się do najbardziej rudymentarnych, platońskich wartości Prawdy, Dobra i Piękna.


Na jednym ze spotkań Profesor Knapik zacytował esej Lwa Tołstoja Czym jest sztuka? - „Sztuka nie jest przyjemnością, pociechą ani rozrywką; sztuka jest wielką sprawą. Sztuka jest organem życia ludzkości, przenoszącym świadomość ludzką z rozumu do uczucia”. Chyba to dobre zakończenie.

60 wyświetleń0 komentarzy