Festiwal czas zacząć!

Po raz dziewiąty spotykamy się na Festiwalu Prawykonań w Katowickim NOSPR-ze. Tegoroczna edycja (z przyczyn wszystkim dobrze znanych) odbywa się za pośrednictwem Internetu. Z jednej strony żałuję, że nie możemy uczestniczyć w tych kilku niezwykłych dniach poświęconych na muzykę najnowszą… choć z drugiej strony, możemy przywdziać wygodne kapcie, zaparzyć dobrą kawę, a nawet zatrzymać nagranie, jeżeli współczesne kompozycje przytłoczą nasze zmysły. Na wczorajszym koncercie zetknęliśmy się z trzema utworami, które nie mogły bardziej się od siebie różnić. Za to Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia pod batutą Francka Ollu nie zawiodła w kwestii poziomu przygotowania.


Ale po kolei – transmisja rozpoczęła się w dość „rozrywkowych” klimatach. Teodor na skrzypce improwizujące, głos, fortepian, kontrabas, perkusję i orkiestrę symfoniczną Adama Bałdycha, brzmi bardzo szumnie. Wielki skład wykonawczy, sam kompozytor na skrzypcach, a do tego głos czyli dodatkowa warstwa interpretacyjna wynikająca z tekstu. Niestety rozczarowanie przyszło wraz z pierwszymi dźwiękami kompozycji. W jednym momencie, Festiwal Prawykonań zmienił się w koncert muzyki rozrywkowej, stojącej na pograniczu jazzu i muzyki filmowej. Bałdych pragnął wskrzesić Polskie lata 80-te, co przyniosło bardzo sentymentalne spojrzenie wstecz. Nic ciekawego, nic nowego, odgrzewany kotlet już dawno przestał smakować. Głos na wokalizie ledwo przebijał się przez warstwę orkiestry, nawet pomimo wzmocnienia go mikrofonem. Słuchając utworu, nie mogłem przestać myśleć - czy w ten sposób NOSPR próbuje przyciągnąć szerszą publiczność przed ekrany? Jeżeli tak, to zabieg niewątpliwie się udał, chociaż moim zdaniem Teodor nie jest niczym odkrywczym, a zachwyt nad „czystym” językiem muzycznym kompozytora, pełnego prostych i topornych modulacji jest bardzo przesadzony.


Koncert zakończyło Pustynnienie Lidii Zielińskiej – utwór na szczęście o wiele lepszy od Teodora i co najważniejsze pasował do atmosfery Festiwalu. Orkiestra, media elektroniczne, przestrzeń i… dzieci, uderzyły w bardziej awangardowe tony, przez ostrą, klasterową warstwę muzyczną. Natomiast grupka dzieci, pobrzękując małymi dzwoneczkami podróżowała między pustymi krzesłami widowni i wpływała na rytualny charakter kompozycji. Jednak i ten utwór nie przypadł mi do gustu. Czas jego trwania, był na tyle długi, że masywne akordy zaczęły nużyć, a nawet denerwować. Nie odnalazłem w nim niczego na tyle ciekawego, aby „wcisnęło” mnie w fotel i z zafascynowaniem śledziłbym kolejne odcinki formalne. Narracja urwała się mniej więcej w połowie i od tego momentu moja uwaga zaczęła wędrować wokół spraw bardziej przyziemnych. Ciekawym aspektem była topofoniczność kompozycji, która została uzyskana przez rozmieszczenie w sali koncertowej małych grup muzyków, w ten sposób aby odbiór utworu różnił się w zależności od siedzenia. Idea to bardzo słuszna, bardzo dobrze zrealizowana podczas poprzedniego Festiwalu w Dziewczynce z zapałkami Schellera… co z tego, jeżeli internetowa transmisja nie pozwalała w pełni odebrać takich zabiegów akustycznych. W ostateczności utwór napisany został „grubymi kreskami” (słowa samej kompozytorki), miał wyrażać frustrację autorki względem rzeczywistości pandemicznej i politycznej Polski. Kompozycja zatraciła się jednak w swojej olbrzymiej formie - za dużo pomysłów, zbyt słaba realizacja.


Uff… przebrnęliśmy. Nadszedł czas na utwór, który nie wpadał w tani sentymentalizm, a swoją formą i przesłaniem stanowił najlepszą część piątkowego wieczoru. Soft music for sensitive gals (Delikatna muzyka dla wrażliwych dziewcząt) Marty Śniady na orkiestrę, audio playback i warstwę wideo, to kompozycja, za którą stoi wyraźna idea feministyczna. Kompozytorka bardzo mocno zaznacza ten aspekt w swojej twórczości, wskazując na chęć przeciwstawienia się patriarchalnemu postrzeganiu kobiet w dzisiejszym społeczeństwie. Młoda gniewna – przypomina czasem postać Doroty Masłowskiej, pisarki równie wyrazistej i kontrowersyjnej co Śniady, obie tak samo zainspirowane aktualnymi wydarzeniami w kraju i na świecie. Wracając jednak do muzyki – orkiestra od samego początku wkracza na tereny naszpikowane klasterami, dysonansami, potężną dynamiką, która wzmacniana jest przez duży zespół wykonawczy. Ta warstwa zestawiona jest z klipami z kultowego już filmu Wonder Woman. Wybór to nie przypadkowy, postać amazonki uznana jest za jedną z pierwszych bohaterek feministycznych w kinie amerykańskim, która zyskała szeroką popularność. Kompozytorka wykorzystuje jedynie dwa fragmenty wideo – moment transformacji głównej postaci z „szarej myszki” w potężną superbohaterkę oraz moment strzelaniny. Śniady zauważa jednak nie tyle siłę bohaterki, a raczej smutny obraz kobiety, która aby znaczyć cokolwiek w patriarchalnym społeczeństwie musi się całkowicie zmienić. Transformacja ta nie jest jednak remedium na wszystko, dalej musi odpierać liczne ataki mężczyzn, co symbolizować ma wyżej wspomniana wymiana ognia. Aktualność kompozycji jest niezaprzeczalna – protesty kobiet i niestabilność dzisiejszego społeczeństwa polskiego, to elementy, które odnajdziemy w Soft music for sensitive gals.


Tym nierównym koncertem rozpoczęliśmy Festiwal Prawykonań. Zmaganie się z muzyką współczesną, zawsze wiąże się z pewnym ryzykiem niezrozumienia wymagających utworów. Interpretacja poszczególnych dźwięków, zabiegów muzyczno-symbolicznych jest o tyle trudniejsza, jeżeli słuchacz pozostawiony jest samemu sobie wśród tej pozornej kakofonii. Słuszną ideą organizatorów jest puszczenie wypowiedzi poszczególnych kompozytorów zaraz po wysłuchanej kompozycji (chociaż podczas piątkowej transmisji zabrakło nagrania Lidii Zielińskiej). Dzięki temu, inspiracje stały się jasne, odniesienia klarowne, a wypowiedź Śniady zaciekawiła mnie do dalszego śledzenia jej twórczości. A co powiedzą nam o sobie Joanna Woźny, Mikołaj Laskowski i Artur Zagajewski? To już jutro o godzinie 18.00 - oby nadzieja na ciekawe kompozycje nie spełzła na niczym.

44 wyświetlenia0 komentarzy