...i Festiwal na razie kończymy

W piątek inauguracja, a już dzisiaj składamy manatki muzyki współczesnej i odwlekamy wielkie zakończenie na jesień. Po co się powtarzać, skoro wszyscy i tak wiedzą, że mamy czasy co najmniej niesprzyjające koncertom i tego typu atrakcjom. Należy mieć tylko nadzieję, że w końcu przeniesione na październik instalacje zaistnieją, a AUKSO, OMN i Kwartet Śląski nie wystąpią do ślepych oczu kamer.


Pochylając się i komentując na gorąco niedzielne wydarzenie, sam zacząłem się zastanawiać nad rolą orkiestry w twórczości kompozytorskiej. Bo oto trzy tak różne podejścia - bardziej zachowawczy Artur Zagajewski, bardziej barwowa Joanna Woźny i bardziej zmysłowy Mikołaj Laskowski. Jednak w kompozytorach wciąż jest obecna potrzeba przewartościowywania sensu medium, jakie wykorzystują, pójścia drogą nie na skróty, a własną ścieżką. To się chwali, choć czasem nosi w sobie wyraźne piętno "eksperymentu"; czy udanego, czy nie, to przyszłość pokaże.


Podobnie jak w piątek Narodową Orkiestrę Symfoniczną Polskiego Radia poprowadził Franck Ollu, francuski specjalista od muzyki najnowszej. Do zespołu dołączył jeszcze kwartet Kwartludium w utworze Woźny oraz Dawid Bonk i Piotr Kopiński na gitarze elektrycznej i syntezatorze u Zagajewskiego. Medium symfoniczne u każdego z trzech bohaterów zajmuje inne miejsce w twórczości. Zagajewski z orkiestrą jest obeznany od jakiś kilkunastu lat, choć zaczynał jako rockman. Woźny wciąż poszukuje, stoi na rozdrożu między traktowaniem instrumentów solowo, jak w sinfonietcie a blokowo, jak tradycyjnie przyjęło się w składzie blisko stu wykonawców. Natomiast dla Laskowskiego to, jeśli dobrze wiem, był debiut na tak dużą obsadę, wcześniej celował prawie wyłącznie w składy kameralne z dużą domieszką elektroniki.


Na ten moment Woźny plasuje się najbliżej w kierunkach postspektralnych, co nie powinno dziwić po jej studiach u Beata Furrera. Dlatego buduje Inner Piece na zasadzie rozkomponowywania pierwszego akordu fortepianu. Narracja meandruje, w szeregu wybrzmień i przeobrażeń wyjściowego spektrum do głosu dochodzi aluzja do Farben op. 16 Arnolda Schönberga, a w kulminacji - piskliwe dźwięki małego klarnetu z Aus den sieben Tagen Karlheinza Stockhausena. Jeszcze gdzieś po drodze muzyczna aura Varese'a, wszystko krąży w różne strony, zatrzymuje się, przygasa. W całym utworze tkanka muzyczna przepływała między solistami a orkiestrą, przyświecała temu idea barokowego koncertowania, choć niestety zamysł gubił się gdzieś w barwowych niuansach. Trudno było wychwycić wszystkie przejścia między concertino a ripieno, przywołując terminologię sprzed 300 lat, a to przede wszystkim dlatego, że sam materiał nie miał charakteru stricte melodycznego, a raczej wyłącznie sonorystyczny. Utwór wewnętrzny, więc jakby akustyczne odtworzenie tego, co dzieje się w nas samych. Ludzkie myśli przecież podobnie krążą jak tutaj skrawki motywów.


Tą wewnętrznością albo opozycją wewnętrzności i zewnętrzności dochodzimy do Laskowskiego i jego nowości o sążnistym tytule Lighted Motion and Sound Waterfall Picture. Przenosimy się w obszary somaestetyki, czyli estetyki ciała i samoświadomości. Popularność filmików ASMR, czyli mających na celu wzbudzić przyjemne mrowienie w okolicach głowy, uczucie głębokiego relaksu, a nawet "mózgowego orgazmu" leży gdzieś u podstaw zainteresowań młodego gdynianina. Tu połączył swoje doświadczenia z cyklu Deep relaxation i nowy aparat wykonawczy wraz z elektroniką i projekcją wideo. Na warstwę wizualną złożyły się w dużym przybliżeniu kadry przedstawiające sztuczną, intensywnie zieloną murawę, plastikowe ucho (od razu moje skojarzenia pomknęły w kierunku Blue Velvet Davida Lyncha, ale na szczęście obyło się bez mrówek) i kaktusy, drapane zabawkowymi rączkami. Nagrane z dużą czułością dźwięki towarzyszące sensualnym czynnościom pocierania imitowali także muzycy orkiestry - perkusiści muskali swe instrumenty różnymi gąbkami, szczoteczkami i wacikami. Dęte pławiły się w aksamitnych szmerach, od czasu do czasu pozwalając sobie na głośniejsze ataki. I tak całość płynęła i płynęła, jak u Woźny trochę bez większego wyczucia formy. A szkoda, bo materiał ciekawy i pomysł też niczego sobie (choć żadnego mrowienia nie poczułem).


A na koniec - Zagajewski. Od Pieśni konstruktywistycznych sprzed dwóch lat wyraźnie deklaruje swoje artystyczne credo: muzyka musi być zaangażowana. W prawykonanym w niedzielę orkiestrowym und nur dieser Wind panuje stagnacja, muzyka zapętlona opada i się podnosi (czy to już nie Kora śpiewała, że „falowanie i spadanie”?). Nie ma tu krzty radosnej, transowej afirmacji repetytywności, całość tkwi w beznadziei, to chyba aluzja do naszego "narodowego marazmu" (Wyspiański na drugim świecie się nisko kłania). Na chwilę kompozytor przenosi nas gdzieś do utraconej arkadii – wydobyty z podskórnej warstwy cytat z Vivaldiego jest jak przyjemny sen, który przerywa gwałtowne wejście trąbek i powrót statycznej narracji z początku. Apatia i chroniczna abulia. Później, gdy w zakończeniu wybija się raz jeszcze ten barokowy, kołysankowy temat, tym razem to nocny koszmar, rozdarty przeciągłym krzykiem. A żeby tego było mało - na koniec – czysty akord F-dur. Ironia? Może. Tak jak ten cukierkowy Vivaldi, nic żeśmy się nie nauczyli i wciąż zatracamy się w chocholim tańcu. A na końcu pozostaje tylko wiatr.


W pamięć najbardziej zapadł mi właśnie Zagajewski, klasyczny, bez eksperymentów, czytelny, ale nie plakatowy. Laskowski i Woźny gubili się w narracji, której zrozumiałej formy właściwie próżno było szukać. Franck Ollu i cały zespół wywiązali się ze swoich zobowiązań należycie, a w obecnych warunkach przecież próby nie należą do najłatwiejszych. Słowem - dobrze było jak jest, a jesienią liczę, że będzie lepiej, ciekawiej i muzycznie Festiwal Prawykonań osiągnie swoją zasłużoną pełnię. Pół żartem, pół serio, oby ten wiejący na końcu wiatr z Zagajewskiego przepędził gdzieś daleko pandemię.

51 wyświetleń0 komentarzy