Kobieta kobiecie zgotowała?

W końcu. Za niecały tydzień teatry, filharmonie, kina i wszelkie instytucje kultury mogą zaprosić publiczność, a muzycy ponownie odczują jak to jest występować nie przed pustą salą. Po rocznej nieobecności powraca flagowy festiwal Katowice Kultura Natura, wprawdzie w większości online, ale na grande finale - AUKSO i Concerto Köln będzie można posłuchać naprawdę na żywo. Nim jednak o tym festiwalu (wszakże dzisiaj wieczorem dopiero drugi koncert!), wrócę do naszych blogowych recenzji płytowych.


Jakoś tak się złożyło, że wciąż mówimy tylko o tym, co się nam wyjątkowo podoba. Ja o Chriście Ludwig, Knoxville Barbera, a BM o Święcie wiosny, Carmen, Mayerling. Nadmierny optymizm, tak jak wszystko co w nadmiarze jest szkodliwy, więc by zachować równowagę, pozwolę sobie dzisiaj wyciągnąć nieco surowsze ostrza mojej krytyki. Bo się po prostu rozczarowałem.


Do swoich muzycznych odkryć z pewnością zaliczę młodą, angielską sopranistkę Caroline Sampson, tak doskonale harmonizującą się w utworach Händla czy oratoriach Bacha z jasnym głosem mojego ulubionego kontratenora, Iestyna Daviesa. Popularność przyniosły jej występy z Bach Collegium Japan z Masakim Suzukim, w swej dyskografii może się pochwalić projektami z Herrewghem, Jacobsem i McCreeshem. Stąd nie będzie niczym dziwnym, że z zainteresowaniem czekałem na jej kolejną solową płytę, czyli Album für die Frau. Krążek nakładem szwedzkiej wytwórni BIS wyszedł w kwietniu tego roku i próbuje być wyraźną opowieścią literacko-muzyczną, tym razem rodem z XIX wieku. Cały został zaprojektowany jako osiem scen, prolog i zamykający epilog, a w środku - dramat wzorowany na cyklu Miłość i życie kobiety Roberta Schumanna. Żeby przełamać sztywną narrację zdecydowano się każdą z pieśni skontrować innymi kompozycjami Clary i Roberta, by naświetlić obraz z więcej niż jednej perspektywy. Pomysł szczytny, a jak wyszło w praktyce - o tym za moment.


Nie da się ukryć, że Frauenliebe und -leben op. 42 do wierszy Adalberta von Chamisso to z dzisiejszej perspektywy obrazek seksistowski, sprowadzający kobietę do roli podległej mężczyźnie, której życie nabiera sensu tylko przy mężu. Kto ma wątpliwości, niech zerknie na ostatnie słowa "Nun hast du mir den esten Schmerz getan" - "straciłam szczęście, tyś mi był światem". Podobnie jak większość najważniejszych utworów w tym gatunku z dorobku Schumanna, powstał w 1840 roku, roku małżeństwa z Clarą i najwyższego szczęścia, po którym stopniowo, przez 16 kolejnych lat kompozytor będzie popadał w coraz cięższy obłęd. Jak słusznie zauważyła Ruth Solie w artykule poświęconym op. 42, mimo iż bohaterką jest kobieta, to wyraża świat męskich fantazji. Nietrudno sobie przecież wyobrazić sceny w biedermeierowskim mieszkaniu, gdy pod czujnym okiem męża wykonuje ten cykl albo jeszcze lepiej: jako wyznanie oddanej miłości w stosunku do przyszłego małżonka. Clarze ta wymowa musiała przeszkadzać, ale skoro jej mąż był wielkim kompozytorem (nie, nie zamierzam umniejszać jego znaczenia), to musiała przyjąć bierną postawę. Rozpowszechniała jego twórczość na recitalach, a po owdowieniu grała aranżacje pieśni m.in. z Liederkreis op. 39. Z jej własnego dorobku warto wymienić przede wszystkim Trio g-moll i Koncert fortepianowy a-moll, do których coraz częściej obecnie się powraca. Clarę można by zatem porównać do medium dla idei Roberta, którego kariera wirtuoza zakończyła się wraz z eksperymentami na własnych dłoniach przy okazji Toccaty op. 7.


Poszatkowanie Miłości i życia kobiety zagrało zdecydowanie na niekorzyść. Cykl stracił na koherencji, ucho przywykłe do płynnych przejść, jakich wymagał kompozytor, co rusz potyka się na mniej bądź bardziej ciekawych "dodatkach". A znalazły się tu m.in. Lotos z Mirtów, Requiem op. 90, pieśni z Jucunde Clary i fragmenty z Albumu dla młodzieży. Zresztą sam koncept, by naświetlać pieśni męża pieśniami żony stosunkowo szybko upadł, bo po "Helft mir, ihr Schwestern" pojawiają się tylko utwory Roberta, tym mocniej przesuwając granicę w kierunku ujęcia czysto patriarchalnego. A jestem przekonany, że dałoby się rozwiązać to o wiele subtelniej. Pieśni Clary, których znalazło się tu jedynie siedem (proporcja do Robertowskich - 1:3) prezentują charakterystyczny styl epoki, linia wokalna swobodnie płynie ponad delikatnym akompaniamentem. Najbardziej godne uwagi są zwłaszcza te z op. 13, harmonicznie i poetycko mogące spokojnie równać się z Mirtami lub którymś z Kręgów.


Co do samej Sampson, nie należy do interpretatorek, które kojarzyłyby się w pierwszej kolejności z wykonawstwem Lieder, raczej, jak wspominałem, celowała w muzykę dawną. Tutaj przy fortepianie towarzyszył Joseph Middleton, także wystąpił na jej wcześniejszych albumach, m.in. Women's Schubertiade (antologii "żeńskich" pieśni Schuberta, na czele z hymnami do słów Scotta). Tutaj sopran Angielki brzmiał dość płasko, nie tak soczyście, jak należałoby przy repertuarze romantycznym. W dodatku brakowało wyraźnej, niemieckiej dykcji, co przy nieco nadmiernym wibrato zatracało sens słów. Cała interpretacja sprawiała wrażenie bardzo chłodnej, śmiejąc się, brytyjsko wykalkulowanej. Ale może taki zamiar, by odrzeć Schumanna z resztek ciepła, skoro tak grubiańsko potraktował swoją "Frau". W to trochę wątpię, raczej winny jest tu nie do końca dobrze dobrany repertuar pod możliwości wokalne. Jeśliby ktoś poszukiwał podobnego projektu, nie mającego wprawdzie aspiracji do znoszenia płciowych stereotypów, ale bardzo dobrze nagranego, to polecam album Barbary Bonney i Vladimira Ashkenazy'ego z 1997 roku.


Miała być miłość kobiety widziana oczami kobiety, a wyszła miłość kobiety widziana oczami mężczyzny. Pomimo chęci przełamania narracji i zmiany wymowy na bardziej gender neutral efekt wyszedł zgoła odwrotny - wszystko obraca się wokół miłości, kobieta u boku mężczyzny znajduje pocieszenie i wsparcie. Próżno szukać prawdziwego, siostrzeńskiego porozumienia, gdzie towarzyszki to nie tylko druhny na ślubie. Tej perspektywy najbardziej mi brakowało, otwarcia na kobiecość w sensie szerszym, mądrym i niewyłącznie wedle Clary, której tu jak na lekarstwo. Płyta tonie w romantycznym sosie, pełnym słodkich metafor pięknych kwiatów, melancholii, kołysanek. Gdzie miejsce dla Niej?



45 wyświetleń0 komentarzy