Kopciuszków trzy

La Cenerentola ossia La bonta in trionfo, tytuł brzmi poważnie, a przecież to tylko Kopciuszek albo Triumf Dobroci. Opera Gioacchino Rossiniego może nie należy do najpopularniejszych dzieł scenicznych kompozytora, ale na pewno zasługuje na wysoką pozycję w jego utworach komicznych. Libretto opowiada historię Angeliny, za którą ukrywa się tytułowy Kopciuszek. Akcja składa się na dobrze znane elementy z bajki, przedstawienie głównej bohaterki, jej sytuacji w domu ojczyma, bal, przekazanie bransoletki, powrót po północy, odnalezienie przez księcia.. i żyli długo i szczęśliwie! Ale zaraz zaraz... Jaki ojczym? Jaka bransoletka? A dobra wróżka? Czy to aby na pewno ta opowieść? Bez obaw, to tylko komiczne przekształcenia bajki o Kopciuszku. W takim razie, co jeszcze się zmienia?

Kolejną aberracją jest budowa samej opery, która złożona jest jedynie z dwóch aktów. Dramaturgia aż prosi się o układ trzy lub cztero aktowy, dzięki czemu poszczególne wydarzenia mogłyby zostać przedstawione zgodnie z didaskaliami. Dzięki temu akcja przebiegałaby w sposób: Dom Angeliny (ekspozycja postaci) – Bal w zamku (zawiązanie intrygi) – Powrót do domu oraz poszukiwanie drugiej bransoletki (rozwiązanie) – Koronacja Angeliny (epilog). Niezręczność podziału, który przypada dokładnie w połowie pałacowej zabawy stawia kolosalne wyzwanie przed reżyserami spektakli operowych. Na przejście bohaterów do całkowicie nowych miejsc przeznaczone jest zaledwie kilkanaście taktów... a tu już wchodzi chór, historia pędzi naprzód. Nie jest to wynik braku wyczucia dramatycznego, w końcu La Cenerentola to 20 opera w dorobku zaledwie 25-letniego Rossiniego, który miał już za sobą takie arcydzieła jak Cyrulik sewilski czy Włoszka w Algierze. Był świadomy, z czym wiąże się wystawienie utworu scenicznego, a przez niewygodne rozdzielenie akcji zdaje się grać na nosie nie tyle widzowi, który oczekuje spójnej budowy przedstawienia, ale przede wszystkim ówczesnym reżyserom, którzy musieli załamywać ręce nad tak skonstruowaną operą.

Z czego jeszcze śmieje się Rossini? Ponownie trafia się publiczności, co robił zresztą nie tylko on, ale również większość kompozytorów oper buffa epoki romantyzmu. Mowa tu o arcytrudnych szybkich recytacjach w partiach głosu, które nie dość, że spektakularne, to zdają się imitować gwar panujący w gmachach operowych (dzisiejsze wyobrażenie cichego odbioru muzyki, przerywanego przez suchotniczy kaszel, to wymysł Mahlera z końca XIX wieku). Pojawiają się one nie tylko w ramach arii solowej, ale również duetach, tercetach, sekstetach, ansamblach... od przybytku aż głowa boli.


Nie brak jednak bardziej wyrafinowanych środków, tym razem czysto muzycznych. Wystarczy przywołać słynny sekstet z II aktu Questo e un nodo avviluppato. Pojawia się on w momencie, kiedy intryga zdaje się być tak zawikłana, że nawet bohaterowie nie wiedzą do końca kto jest kim. Rossini wykorzystuje wtedy krótką melodię, która wędruje po wszystkich głosach, nawiązując do zawiłych form polifonicznych. Względne poplątanie wszystkich partii nawiązuje do słów sekstetu, które w wolnym tłumaczeniu oznaczają To przypomina zaplątany węzeł / Kto próbuje go rozplątać, tylko plącze go bardziej. Jednak to nie tylko ten element jest emblematyczny dla tego sekstetu. Wyróżnienie wszystkich spółgłosek „r”, przez przesadne ich przeciąganie dodaje komizmowi sytuacji, ale również porządkuje melodię, dając kotwicę dla mniej osłuchanych członków publiczności.

Skoro La Cenerentola posiada tyle zabawnych i ciekawych elementów, to aż żal jej nie zobaczyć. Jednak którą wersję wybrać, tak aby zarówno obsada, jak i inscenizacja były jak najlepsze? Korzystając z dobroci Internetu, można natknąć się na kilka interesujących nagrań, a które są warte uwagi?

Przedstawienie z Houston Opera z 1996 roku w kwestii inscenizacji jest raczej zachowawcze. Główną osią stanowią obracające się schody, po których Kopciuszek musi biegać tam i z powrotem, wykonując tysiące poleceń sióstr i ojczyma. W pojedynczych scenach wprowadzane zostają dodatkowe elementy, np. drewniany wóz ozdobiony kiśćmi winogron oraz beczułkami pod koniec I aktu. Niemniej scenografia to tylko tło dla karykaturalnej gry aktorskiej śpiewaków oraz szalonych kostiumów postaci. Nie pozostając gołosłownym, złe siostry przywdziewają suknie, które wzorowane są na starą sofę, a na głowie starszej zobaczymy wspaniały kwietnik, na głowie młodszej natomiast – pozostałości po zastruganym ołówku. Ale co to byłaby za opera, bez odpowiednio dobranej obsady! Cecilia Bartoli w roli Angeliny i Raúl Giménez, jako Ramiro pokonują wszelkie trudności techniczne partytury bez większych problemów, dzięki czemu ogląda się ich z prawdziwą przyjemnością.

Droga prowadzi dalej do Nowego Jorku i Metropolitan Opera. Inscenizacja, którą wystawiali już kilkukrotnie, pojawiła się dzięki serii transmisji w kinach i Internecie. Reżyser Cesare Lievi postawił na bajkowość wzmacniając ją dużą ilość statystów, elementami pirotechnicznymi oraz zabawami perspektywą. Niech przykładem będzie ogromny tort, na którego szczycie ustawią się podczas ostatnich taktów opery Angelina i Ramiro, tak jak w każdej kiczowatej scenie z filmowych romansów. Można zetknąć się z trzema róznymi obsadami do tej samej produkcji, w roku 1997 w głównych rolach wystąpili Cecilia Bartoli i Ramón Vargas, w 2009 Elīna Garanča i Lawrence Brownlee, a w 2014 Joyce DiDonato i Juan Diego Flórez. Wykonawcy w każdej wersji są na najwyższym poziomie, a różnice dotyczą wyłącznie jakości oglądanego obrazu.


To teraz do Włoch, Teatro dell’Opera di Roma w 2015 roku skupił się na szalonych steampunkowych kostiumach, groteskowej grze aktorskiej oraz na sprytnej grze świateł, za pomocą których zmieniana jest scenografia. Inscenizacja jest tutaj najbardziej nowoczesna, postaci sztuczne do granic możliwości, rozmach i przepych porównywalny do produkcji MET. Niestety podczas tak zwariowanych pomysłach reżyserskich (wyszły spod pióra Emmy Dante) z czasem zatraca się przesłanie opery, a tytułowy triumf dobroci posiada słodko-gorzki smak. Zauważymy jednak, jak wielu reżyserów polegało przede wszystkim na sile zabawnej muzyki Rossiniego, nie starając się odczytać inaczej historii Kopciuszka. Mimo, że ta produkcja nie przekona każdego, jest na pewno ciekawą odskocznią od tradycyjnych inscenizacji tej opery.

Decydując się na zobaczenie nagrania albo pójście do opery na Kopciuszka, możemy spodziewać się libretta pełnego przebieranek, niedomówień, groteskowych sytuacji. Bohaterów, tak atrakcyjnych, co niewiarygodnych, pokonujących swoje przepełnione szesnastkami i ozdobnikami partie w szalonych tempach. Muzyki pełnej fikuśnej instrumentacji, sentymentalnych (w najlepszym tego słowa znaczeniu) melodii, a także paru „smaczków” dla bardziej wtajemniczonych słuchaczy. Ale to przede wszystkim dzięki dobremu wyczuciu komizmu przez Rossiniego, nie sposób nudzić się na La Cenerentoli. Słuchajmy więc Kopciuszka!

108 wyświetleń0 komentarzy