Nasiąkając, czyli dziennik z kilku koncertów Warszawskiej Jesieni

Korzystając z uroków jesiennego festiwalu w stolicy, muzykom znanego pod groźnym hasłem Festiwalu Muzyki Współczesnej „Warszawska Jesień”, zdecydowałem się zapisać parę słów i ubrać garść przemyśleń w formę notatnika-dziennika. Pozwoliłem sobie sięgnąć po bardziej osobisty ton, nie popadając w generalizujące sądy estetyczne, a skupić się na moich wrażeniach. Po covidowych perturbacjach w zeszłym roku i dwa lata temu WJ wróciła do starej formuły w pełni stacjonarnej, na żywo, bez internetowych transmisji koncertów. Czas kryzysu w kulturze odbił się wyraźnie na frekwencji, nawet na inauguracyjnym koncercie w Filharmonii było dość sporo wolnych miejsc. Ale nie o tym, a o muzyce – zatem pięć dni i pięć „minirozdziałów”.


16.09 | Filharmonia Narodowa


Jest taki obraz Gerharda Richtera Ema (Nude on a staircase), w którym cała treść zawiera się w tytule. Co w nim przyciąga uwagę, to efekt zatarcia konturu, bazuje bowiem na rozmytej fotografii, tworząc efekt, jakby został uchwycony ruch. Fascynuje ostateczny efekt, a nie pierwowzór, który nie wyróżniałby się niczym szczególnym. Powidok obrazu na inny obraz, w muzyce to trochę tak jak nagranie utworu, które byłoby odblaskiem żywego wykonania. I właśnie słuchając na żywo bardzo dobrze znanego mi cyklu Les espaces acoustiques Gérarda Griseya miałem podobne wrażenie, obcowania z oryginałem, zdjęciem-matką. Tyle razy sięgałem po wspaniałe nagranie ASKO Ensemble i WDR Sinfonieorchester Köln pod dyrekcją Stafana Asbury’ego, że czułem się niezwykle podekscytowany możliwością usłyszenia całości na Warszawskiej Jesieni w wydaniu Orkiestry Muzyki Nowej i Sinfonii Varsovii pod batutą Szymona Bywalca na żywo. Niestety – cały czar prysł. Wszystko zdało mi się proste, pozbawione życia, jakbym oglądał preparaty w formalinie. Techniki brzmiały jak sztuczki, a ich powtarzanie ad absurdum by tylko zatrzeć granice między procesami przekształceń widma zaczynało nużyć. Pozostała garść oryginalnych, dobrze brzmiących harmonii, chwytów instrumentacyjnych i nic więcej, ot traktat o instrumentacji. Co mnie jednak najbardziej zaskoczyło, to chwile, gdy utwór zrywał z całym sztafażem matematyczno-akustycznych machinacji, a na pierwszy plan wychodziła kantylena w instrumentach dętych jak w Transitoires. Podobnie Epilogue¸ dziwnie żywy, gdy uroczo bełkoczące waltornie perorowały w sprzeczce z resztą orkiestry. Wreszcie prawdziwe, żywe emocje, ale czemu dopiero w ostatniej części?


Jak zawsze wysoko cenię sobie profesjonalizm Orkiestry Muzyki Nowej i Szymona Bywalca, to na otwarciu Warszawskiej Jesieni byli do bólu perfekcyjni. Nie wiem, czy to specyfika miejsca, jakim jest Filharmonia Narodowa, gdzie trudno o niskie poczucie humoru, czy może ciężar obcowania z Wielkim Arcydziełem XX wieku dodał całości nadmiaru powagi. A tu tkwi tyle potencjału teatralnego! Szmery, rozmowy z Partiels zostały dopracowane w najmniejszych szczegółach, wystudiowane, tak że zabrakło w nich spontaniczności. Ludyczna sztuczka z perkusistą szykującym się do wielkiego uderzenia w talerze została podana tak poważnie, że wyglądał on raczej jak boleściwy Chrystus na krzyżu niż dywersyfikant, chcący niewybrednym dowcipem zepsuć całe przedsięwzięcie. Ale cóż, świętości nie trza szargać, bo trza żeby święte były.


17.09 | Studio Koncertowe PR im. Witolda Lutosławskiego


Talea – pierwsze skojarzenia mogą pójść w stronę średniowiecza i motetu izorytmicznego. Z łaciny można przetłumaczyć jako pręt lub laska. Moje skojarzenia pomknęły natomiast w stronę Griseya (ach, znowu on…) – to od tytułu jego utworu nazwę zaczerpnął nowojorski zespół, absolutny top of the top w wykonawstwie muzyki współczesnej – Talea Ensemble. Jakże mogłoby być inaczej – wykonawczo nie zawiedli, choć prezentowane utwory miały lepsze i gorsze momenty, raczej z przewagą tych drugich. COH (Chocolate, Orange and Ham) Krzysztofa Wołka miało stanowić coś w stylu hommage à czasy transformacji ustrojowej, gdy tytułowe przedmioty stanowiły o dobrobycie. Kompozycja gubiła się w tym, czym chciała być – elementy parateatralne (publiczność otrzymała cukierki do zjedzenia na znak dyrygenta, obsługa rozpylała zapach pomarańczy), wykorzystanie elektroniki, obiektów codziennego użytku, np. ramy roweru, drukarki, dysków twardych, deski do krojenia, przebodźcowywało narrację i zamazywało powiązanie z warstwą ideową. Podobnie nieuporządkowaną strategię miał Flash Agaty Zubel, utwór blisko półgodzinny, stanowiący raczej zbiór efektów, w tym mnóstwa brzmień oksyfonicznych, niż starannie wypracowaną strukturę. To już któryś z rzędu instrumentalny utwór Zubel, w którym kompletnie nie mogę się odnaleźć; wciąż czekam na jej powrót na niwie wokalno-instrumentalnej. Jeszcze na marginesie – podziwiam perkusistkę, która zmuszona przez partyturę musiała chwilami robić pięć rzeczy jednocześnie.


Miłym zaskoczeniem były za to pozostałe kompozycje. La Arqueologìa del Neón Oscara Bettisona przepełniała dobra energia, umiejętnie przeprowadzona forma i mechaniczność, w której nie brakowało ludzkiego czynnika. Co chwila zaprogramowany mechanizm zacinał się, narracja zmieniała kierunek, dobrze korespondując z główną ideą przedstawienia świata neonów, urządzeń niedoskonałych, gdzie dominują buczące dźwięki instalacji elektrycznej. Mnemosis George’a E. Lewisa uderzał w podobne struny, odnajdując oddźwięki minimalizmu i transowości.


Wniosek jeden i to wcale nie odkrywczy – nowe (tu: prawykonane) wcale nie znaczy lepsze.


18.09 | ATM Studio


Co łączy Warszawską Jesień i sporty ekstremalne? W obu trzeba mieć kondycję. Organizatorzy postanowili bowiem wypełnić niedzielę triathlonem w ATM Studio. Początek o 16.00 i trzy koncerty do 21.30, na każdym z nich po trzy grupy wykonawców. Oczywiście wszystko nie mogło pójść zgodnie z pierwotnym harmonogramem i już pierwszy z nich się opóźnił, co przesunęło drugi, który znowu przekroczył programowy czas półtorej godziny i skończył się po 20.00, czyli gdy trzeci powinien już trwać. Ponieważ nie mam wytrzymałości maratończyka, odpadłem po tym o 18.00. Właściwie przyczyna była jedna – fatalne nagłośnienie, elektronika podana tak głośno, że dłuższe przebywanie w takich warunkach groziłoby nie tylko bólem głowy, ale i uszczerbkiem na słuchu. Takie efekty zafundowali szczególnie Ewa Trębacz w Inanna descending, gdzie taśma kryła tradycyjnych wykonawców, Anna Sowa w Polskim krześle, Pierre Jodlowski w Vanitas i Artur Zagajewski w Danses polonaises 2. W tym ostatnim kompozytor wcielił się we frontmana z gitarą na tle mało wyrafinowanych repetycji w maksymalnej dynamice na perkusji i keyboardach, głośnością starając się przewyższyć najbardziej gniewne produkcje wczesnego Andriessena i zespołu Bang on a Can. Rozumiem wkurw (chyba to adekwatne słowo, skoro z taśmy dobiegały nagrania z ulicznych protestów, gdzie padało co chwila „wypierdalać”), ale czułbym się lepiej, gdyby nie był on rozładowywany na moich uszach.


Wybrane utwory to, można rzec, WJ w pigułce – elementy performance’u, mnóstwo rozszerzonych technik, włączenie dyskursu krytycznego, queerowego i chwilowa awangardowość za wszelką cenę. Niektóre kompozycje bardziej zapadały w pamięć, jak to tylko muzyka Pawła Szymańskiego, mimo tytułu jak najbardziej aktualna i stanowiąca bolesny komentarz do wojny w Ukrainie. Na warstwę dźwiękową składała się pseudobarokowa inwencja na kwartet smyczkowy na instrumentach elektrycznych, w której dźwięki wybuchów bomb wyłączały i włączały elektronikę, przez co wątły, nieamplifikowany dźwięk Neoquartetu mógł przypominać wrażenie, jakie odczuwa się po ogłuszeniu. Oryginalne efekty brzmieniowe pojawiły się też u Miroslava Srnki w jego Triggering w brawurowym wykonaniu Gośki Isphording grającej nie tylko na klawiaturze klawesynu, ale też manipulującej ebowami na strunach. Kapitalny efekt delikatnego, ciągłego dźwięku, zbliżającego się nieco do tonu prostego.


W całym natłoku wrażeń dobrze zabrzmiały utwory Moniki Szpyrki (Unhelpful Thinking Styles) i Sarah Hennies (Clock Dies), choć drugi z nich był zdecydowanie za długi. Spokojne, postminimalistyczne repetycje w skrajnie cichej dynamice mogły uśpić słuchacza, chyba dlatego siedzieliśmy w pełnym oświetleniu. Gdy pomyślę w sumie o obu tych koncertach, to nasuwa mi się jeden wniosek – pomysł „maratonu kameralistów” trafi do naprawdę wąskiego grona odbiorców, a na niektórych może podziałać aż odstraszająco. Skoro Warszawska Jesień i tak jest wydarzeniem, na które przychodzą w znacznej mierze miłośnicy najnowszej twórczości, to czy jest sens robić go jeszcze bardziej nieprzystępnym?


19.09 | Studio Koncertowe PR im. Witolda Lutosławskiego


Czasem, gdy przychodzę na koncerty muzyki współczesnej czuję się jak na lekcji profesora Pimki. Jak zachwyca, skoro nie zachwyca? Właśnie to towarzyszyło mi na poniedziałkowym wieczorze w Studiu Koncertowym Polskiego Radia im. Witolda Lutosławskiego. Cztery utwory, dwa z ostatniej dekady, oraz dwa mające na karku ponad trzydziestkę. MOOS Sarah Nemtsov obiecywał więcej, niż ostatecznie zaoferował. Perkusista miał być swoistym mistrzem ceremonii i sterować pogłosem poszczególnych instrumentów zespołu, ale przetworzone brzmienie szybko ginęło albo pojawiało się na tyle rzadko, że jego rola, którą kompozytorka określiła mianem „stąpającego po mchu”, była zupełnie nierozwinięta. Zduszony potencjał, tym razem w operowaniu formą odebrałem u Aleksandry Gryki i jej einerjedeneither, z którego pozostała jedynie garść ciekawych brzmień i kalejdoskopowo zmieniające się faktury – nic, co na długo zapadłoby w pamięć.


Po przerwie lepiej – starsze kompozycje już zdążyły okrzepnąć i czuć w nich pewniejszą rękę kompozytora. Again Alvina Singletona miało być – w ideowym założeniu – starciem sił muzyki „klasycznej” i jazzu. Ostatecznie zwyciężyła ta pierwsza, z jazzu zostały tylko drobne gesty, zwłaszcza w perkusji. Najsensowniejszą propozycją okazał się Xenakis i jego Jalons, zaskakująco przejrzyste jak na autora Orestei. Oto nagle z tutti wyłania się ścisła imitacja w smyczkach, delikatnie rozpływająca się w coraz to bardziej skomplikowanych podziałach metrycznych. Świetnie brzmiały soczyste doły w klarnecie kontrabasowym i kontrafagocie dodające przestrzeni.


Tym razem wystąpiła kooperatywa European Workshop for Contemporary Music pod dyrekcją Rüdigera Bohna złożona głównie z muzyków Uniwersytetu Muzycznego im. Fryderyka Chopina, jako że w tym roku to ta uczelnia stała się centrum ich dorocznej rezydencji. Mimo że muzycy grali z dużą dbałością o precyzję rytmiczną, w ich interpretacji brakowało mi spójnej koncepcji całości na każdy utwór. Odnoszę wrażenie, że kuleje tutaj system prób na estradzie, przez co szwankują proporcje dynamiczne, a co za tym idzie obraz formy. Ale przy tym jedna rzecz mnie bardzo cieszy – dopuszczenie młodych wykonawców w główne pasmo koncertowe Warszawskiej Jesieni. Ich zaangażowania i zainteresowania nie da się porównać z niczym innym.


20.09 | Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina


Na zakończenie mojego warszawskojesiennego pobytu coś żywiołowego i odświeżającego – pełen instrumentalnej wirtuozerii występ niedużego zespołu Schallfeld Ensemble. MAAT ME Pierluigiego Billone intrygował konsekwencją stosowanych środków. Solowy perkusista do cna wykorzystywał możliwości dwóch instrumentów: sprężyny samochodowej oraz płasko ustawionego (niczym stół) gong drumu. Dźwięk pulsował, przechodził między nim a resztą zespołu, zyskując spektralne rezonanse w smyczkach. Dawno nie doświadczyłem także tak świetnie zakomponowanej ciszy, w której każdy gest wykonawców stawał się muzyką. Jedynie mógłbym zarzucić nadmierną długość, bo kompozycja ta wypełniła całą pierwszą część koncertu.


Chwila odpoczynku i muzycy podjęli arcytrudne zadanie postawione im przez Dominika Karskiego w The Unknowable. Każda z czterech partii stanowiła odrębny świat, badający umiejętności techniczne instrumentalisty. Niektóre partie przypominały mi nieco Bildbeschreibung Agaty Zubel, równie gęste i równie skomplikowane. Utwór wpadł jednak w pułapkę instrumentacyjną – krotale, które brzmiały właściwie przez całą kompozycję, swoim dźwiękiem przykrywały wszystko inne i do moich uszu choćby wiolonczela już prawie nie docierała. Wytchnieniem po Karskim okazał się Spleen ukraińskiej kompozytorki Anny Korsun, pełen medytacyjnego wyciszenia i rozpływających się glissand. Tu muzycy musieli ponadto śpiewać i dostrajać się wzajemnie, co tworzyło atmosferę nieco jak ze Stimmung Stockhausena. Kapitalnie brzmiały wszelkie dudnienia, podbarwiając Spleen mlecznym światłem.


Całość domknęło It Francka Bedriossiana, które w warstwie koncepcyjnej miało odnosić się do free jazzu. Za nic w świecie nie domyśliłbym się tej inspiracji, co nie zmienia faktu, że utwór tchnął ogromną ekspresją, bliską improwizacji. Od (niektórych) utworów amorficznych (wreszcie) coś, co miało sensownie przeprowadzony rozkład napięć, (w końcu) balans między efektami brzmieniowymi a formą, mimo że dość meandryczną. Nareszcie wyszedłem z koncertu w pełni usatysfakcjonowany, szkoda że na sam koniec.

27 wyświetleń0 komentarzy