Niepewnym, ale radosnym krokiem

Obie pary rąk uznały, że pora wyruszyć na zasłużone wakacje. Wybór padł na Berlin, który faworyzowany był szczególnie przez jedną połówkę (BW). Oprócz zatrważającej ilości zwiedzonych muzeów (udało się, aż dwadzieścia), setek obrazów, rzeźb i różnorakich potłuczonych waz, obolali znalaźli odpoczynek w wygodnych fotelach berlińskiej filharmonii. Czas pobytu pokrył się bowiem z rozpoczęciem sezonu artystycznego Berliner Philharmoniker, czyli Welcome Back Week. W ciągu jednego tygodnia zaplanowanych zostało osiemnaście koncertów, głównie z udziałem muzyków orkiestry oraz młodych wykonawców, często debiutujących na estradzie Cyrku Karajana.


W niemieckiej stolicy już dawno zrezygnowano z programu składającego się wyłącznie z ciężkich, poważnych (jakkolwiek to brzmi) dzieł klasycznych, a muzykę dawną stawia się na równym miejscu ze współczesnymi kompozycjami, nawet tymi z elementami jazzu, czy czegoś lżejszego. Dzięki temu, chaconna Bacha wykonywana na mandolinie przez Aviego Avitala spotyka się z improwizacjami Omera Kleina. A do tego wieczór Fado i osławiony już koncert na Scenie Leśnej. Pomimo tak dużej różnorodności programowej, największą uwagę przyciągały organy i to nie jedne, bo zabrzmiały aż trzy instrumenty z Kulturforum: z kościoła św. Mikołaja, dużej sali Filharmonii oraz z Muzeum Instrumentów Muzycznych.


Pomiędzy tym wszystkim Na cztery ręce znalazł się na trzech popołudniowych koncertach drugiego dnia z udziałem oktetu i ensembli dętych Berliner Philharmoniker oraz solisty Sebastiana Heindla. Skoro padło już nazwisko, to warto powiedzieć o nim parę słów. Heindl to dwudziestoczteroletni organista, kompozytor i aranżer. To przede wszystkim wykonawca, z dość sporym bagażem nagród i statuetek (m.in. pierwsze miejsce w Pierre S. du Pont International Organ Competition w 2019 roku). W szczycie lockdownu wielokrotnie dawał internetowe koncerty przez platformę streamingową Digital Concert Hall. W niedzielę pokazał swoje „cyrkowe” oblicze, szczególnie widoczne w jego aranżacji Danse Macabre Saint-Seansa. Potężny instrument brzmiał całą feerią barw, a pomysłowa registracja skrzętnie imitowała różnorakie głosy orkiestry. Efektowność dźwiękowa przykrywała pewne niedoskonałości techniczne, które solista nadrobił jednak w oryginalnym bisie – Etiudzie C-dur op. 10 nr 1 Chopina. Na oficjalne przywitanie oraz pożegnanie publiczności do Heindla dołączył kwartet blaszany w pompatycznych kompozycjach Flora Peetersa i Sigfrida Karg-Elerta. Muzycy orkiestry mieli jeszcze okazję dopełnić występ Canzoną „La Spiritata” Gabriellego, Offrande Selmer-Collery’ego, a gdy dołączył do nich waltornista zabrzmiały Fancies, Toys and Dreames Gilesa Farnaby’ego. Renesansowe tańce z ostatniej z wymienianych kompozycji chyba najlepiej pasowały do atmosfery radosnego powrotu muzyki do sal berlińskiej filharmonii.


Późnopopołudniowy koncert również rozbrzmiał dźwiękami instrumentów dętych, tym razem w większej obsadzie nonetu i podwójnego kwintetu. Pod przewodnictwem flecisty Emmanuela Pahuda kameralny ensemble wykonał dwie niewielkich rozmiarów symfonie – Petite Symhponie Charlesa Gounoda oraz Sinfoniettę op. 188 Joachima Raffa. Pełna neoklasycznego wigoru kompozycja sześćdziesięciosiedmioletniego kompozytora ujmowała lekkością, elegancją i liryzmem szczególnie obecnym w wolnej części. Bez krzty ciężkiej późnoromantycznej harmoniki swoją estetyką przypominała Gran Partity Mozarta. W podobnym tonie utrzymany jest utwór Raffa, który, będąc upstrzony dowcipnymi dialogami pomiędzy instrumentami i zawadiackimi pasażami, stawia przed muzykami zadanie niezwykle trudne. Uzyskanie odpowiedniej lekkości oraz wolumenu brzmienia w ramach decymetu wymaga od instrumentalistów wrażliwości na wszelkie zmiany harmoniczno-agogiczne.


Największą dozą subtelnego liryzmu berlińscy filharmoniści pokazali w Oktecie F-dur Schuberta. Utwór, jak większość późnych kompozycji wiedeńczyka charakteryzuje się spokojną narracją, pełną powtórzeń i delikatnych niuansów harmonicznych, najczęściej oscylujących między jasnymi odcieniami tonacji durowych oraz bardziej tajemniczymi dźwiękami gam molowych. Nieodzowne asocjacje z twórczością pieśniarską były obecne i tu, tematy nawiązywały do fragmentów Wędrowca czy Ave Maria. Oktet ponadto powstawał w czasie dla Schuberta szczególnym, między pierwszymi symptomami syfilisu i był tym, czym dla Beethovena jego II Symfonia - wytchnieniem od cierpienia. Największa rozmiarami kompozycja kameralna Schuberta narzuca wykonawcom nie lada trudności, szczególnie pierwszemu skrzypkowi (tu, jeden z koncertmistrzów Berlińczyków, Daishin Kashimoto), którego partia traktowana jest wręcz solistycznie.


Już tyle razy na naszym blogu padało stwierdzenie o radości z powrotu do wypełnionej melomanami sali. Tu, w Berlinie, czuć to było szczególnie mocno, nawet gdy owacje wybuchały między częściami Oktetu (horror dla wszystkich purystów!). Publiczność wciąż i wciąż dopraszała się bisu, który pojawił się po występie Heindla i dętych blaszanych. Choć koncerty odbywały się w ciągu całego dnia o godzinach, które nie kojarzyłyby się w pierwszej kolejności z czasem koncertu, panowała atmosfera podniosła i radosna. Aż tak radosna, że przy wychodzeniu na estradę jednemu z fagocistów podwinęła się noga.


Zatem zaczynamy nowy muzyczny rok. W pandemii, która może nie pokrzyżuje wszystkich planów.

41 wyświetleń0 komentarzy