O sztuce przedstawiania

Ten, kto wszedł w zakładkę „O nas” na naszym blogu, wie że jego twórcy są studentami katowickiej Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego. Dziś kończy się wielkie studenckie święto, funkcjonujące pod nazwą Dni Wydziału Kompozycji, Dyrygentury i Teorii Muzyki. A w co obfitowało? W szereg wykładów studenckich, koncertów kompozytorskich – zarówno tych przeznaczonych na elektronikę, jak i na tradycyjne składy wykonawcze, oczywiście miał miejsce również wykład zaproszonego gościa. W tym roku był to prof. Dariusz Czaja – znamienity antropolog kultury, wykładowca UJ, autor licznych książek np. Kwintesencji. Pasaży barokowych. Jednak to nie o samych Dniach Wydziału chciałem wspomnieć trzy słowa, a o pewnym problemie czy raczej nieumiejętności, szczególnie obecnej podczas sobotniego koncertu muzyki elektroakustycznej.


Punktem wyjścia moich rozważań stanowi kompozycja 3K, przeznaczona na recytatorkę, akordeon i taśmę. Trzyczęściowy utwór (I cz. – Kraty, II cz. – Kolory, III cz. – Krzyk) miał stanowić komentarz czy raczej podsumowanie najważniejszych wydarzeń polityczno-społecznych minionego roku. To przede wszystkim nowa sytuacja pandemiczna, kontrowersyjne wystąpienie prezydenta, w którym stwierdził że LGBT to nie ludzie, a ideologia oraz protesty kobiet po zaostrzeniu prawa aborcyjnego. Sam koncept na to „dzieło” nie jest niczym niespotykanym w historii muzyki. Aby przykładów nie szukać daleko, wystarczy zerknąć na jeden z wcześniejszych postów na naszym blogu, w którym pojawił się szybki komentarz do tegorocznego Festiwalu Prawykonań, w szczególności myślę o kompozycji Marty Śniady. W Soft music for sensitive gals został przedstawiony obraz kobiety wykreowanej przez media, który do rzeczywistości ma się nijak.


Wracając jednak do 3K - kompozytorka chciała przy jego pomocy wyrazić swoje poparcie zarówno dla osób LGBT, jak i dla współczesnych kobiet. Jednak poprzez zbyt wielką dozę ironii przekaz ten zyskał odcień skrajnie negatywny. Drugim elementem, który wpłynął na porażkę tej kompozycji była wyjątkowo niska jakość tekstu przedstawionego przez recytatorkę. Porównania (bo metaforami tego nazwać nie można) zakrawały o poziom przedszkolny, a żarciki o niedostępności drożdży w pierwszych dniach pandemicznych zdawały się nie na miejscu. W szczególności uderzało to w kolejnych częściach, gdzie problemy osób nieheteronormatywnych (określonych jako „wielobarwne postaci”- jakże oryginalnie) oraz kobiet zostały przedstawione w słowach co najmniej nieodpowiednich.


O czym więcej można napisać o tym utworze? Przede wszystkim o tym na czym skupia się nasz blog, czyli o muzyce. A jako utwór była to kompozycja wyjątkowo toporna. Każdą z części rozpoczynała recytatorka, na której słowa odpowiadał akordeonista. Jednak jego partia wykorzystywała przypadkowe dźwięki i "efekty" uzyskiwane przez grę na miechu, czy stukanie przyciskami instrumentu. Warstwa elektroniczna również pozostawiała wiele do życzenia, ot kilka nagrań z wieców politycznych z nałożonym echem i przetransponowanych o kilka oktaw w dół. Właśnie ten element miał stanowić rezonans po wypowiedzianym na początku tekście, ale... po co? Niewielka moc tekstu zdążyła już dawno wybrzmieć, a słuchaczowi towarzyszyło uczucie redundancji i znudzenia.


Innym wydarzeniem w ramach Dni Wydziału, co do którego mam równie mieszane uczucia, był wykład jednej ze studentek "I never saw another butterfly". Prezentacja dotyczyła utworu Martina Ellerby, powstałego w oparciu o poezję dziecięcą powstała w obozie koncentracyjnym w Terezinie. VII Epitafium jest jedną z wielu kompozycji w dorobku kompozytora, która została poświęcona pamięci masowych zagład którejś ze społeczności (najczęściej żydowskiej).


Abstrahując od prezentacji, którą przygotowała prelegentka (jej chaotyczność i zbyt wiele informacji na jednym slajdzie), skupmy się przede wszystkim na doborze słów. Rozumiem sytuację stresową, która wynika z pierwszego publicznego przedstawienia swoich naukowych tez oraz obawa przed potencjalnymi pytaniami. Jednak kiedy poruszany jest temat holokaustu i ludobójstwa, nie można mówić o tym, jak o wycieczce do lunaparku. Ludność przebywająca w Terezinie, to nie byli mieszkańcy, których życie mlekiem i miodem płynęło - a w ten sposób zostali przedstawieni podczas wykładu. Ponadto wprowadzenie Dnia Matki (prezentacja odbywała się nazajutrz, 27 maja) w tematykę obozów zagłady… Tego chyba nie trzeba komentować.


Podałem dwa przykłady, które w negatywny sposób odbiły się na tegorocznych Dniach Wydziału katowickiej akademii. Pomimo nich. tegoroczne święto studenckie obfitowało raczej w wydarzenia pozytywne. Niektóre wykłady czy utwory stanowiły co prawda rodzaj ćwiczenia prelegenckiego czy kompozytorskiego, jednak tego można było się spodziewać. To na co chciałbym zwrócić uwagę czytających jest temat który wybiera się do przedstawienia. Należy podejść do niego z szacunkiem, pewną refleksją. Nie można zatracić się w poczuciu własnego ego, wmawiając sobie, że kontrowersyjna tematyka przyniesie poklask publiczności.


Niestety nawet mistrzowie mogą się pomylić, a drażliwy temat przedstawiony może zostać w zupełnie niesmaczny sposób. Jednak potrafią przyznać się do błędu i nie dopuścić do ponownego wykonania, a przynajmniej nie bez gruntownych poprawek. Odnoszę się tu do Brygady śmierci Krzysztofa Pendereckiego z 1963 roku. Kompozycja przeznaczona na taśmę, towarzyszyła filmowi dokumentalnemu, który przedstawiał najczarniejsze strony drugiej wojny światowej. Liczne negatywne opinie krytyków i publiczności, wskazywały właśnie na tanią chęć osiągnięcia rozgłosu oraz na zatracenie się w tym wszystkim sztuki. Jak stwierdził Zygmunt Mycielski „Sztuka kończy się tam, gdzie rozpoczyna się realizm”. W ostateczności utwór ten nie zabrzmiał przez prawie 47 lat. A dziś nie funkcjonuje w ogóle i pojawia się jedynie w przeglądzie wszystkich utworów Pendereckiego… i dobrze. Gdy w 2011 roku utwór ponownie zabrzmiał, tym razem na Warszawskiej Jesieni, został pozbawiony wszelkich teatralizacji. Publiczność została przygotowana na to co się szykuje, kompozycja została wysłuchana i niech już się nie pojawia. Takie przeróbki i zmiany w utworze wymagają dużej dozy autorefleksji nad tym co się tak naprawdę chciało przekazać.


Aby podać wzorcowy przykład podawania trudnych tematów w sposób jak najbardziej odpowiedni, wystarczy odwołać się do jednego z pierwszych wpisów na naszym blogu. Opisywana przeze mnie Clara Iannotta, w swoich kompozycjach często odnosiła się do poezji Dorothy Molloy. Jej feministyczne teorie opierające się przede wszystkim na kulturze gwałtu została jedynie subtelnie zakomunikowana publiczności przez wykorzystanie odpowiednich tytułów. Dla przypomnienia są to np. Dead wasps in the jam-jar, Earthing czy You Crawl over Seas of granite. Ci którzy nie znają poezji Molloy nie odgadną ukrytych wartości feministycznych, jednak kompozycje nie tracą na swojej wartości estetycznej i warsztatowej.


Niech sztuka muzyczna pozostanie sztuką muzyczną. Niech nie będzie służyła tylko jako pusty komentarz społeczny, który i tak towarzyszy nam na każdym kroku w codziennym życiu. Powołując się na wykład prof. Czai niech sztuka pozostanie pierwotna, wróćmy do jaskini i zachwyćmy się pierwotnymi malunkami. Pozbawmy muzykę aspektu społecznego, tak w niej niepotrzebnego. Porzućmy "plakatowość" kompozycji (Orlando Olgi Neuwirth), gdzie ich siła tkwi w aktualnych wydarzeniach. Przedawnienie się takich utworów następuje w błyskawicznym tempie. Pamiętajmy za Oskarem Wildem, że „Każda sztuka jest w zasadzie bezużyteczna”.



392 wyświetlenia0 komentarzy