{oh!}, ten Gołąbek…

Może niektórzy z Państwa już o tym wiedzą, mianowicie od pewnego czasu uważnie śledzę działalność {oh!} Orkiestry Historycznej. Uważnie… to może zanadto powiedziane, po prostu wgłębiam się to, co w muzycznej trawie piszczy, jeśli chodzi o granie na strunach jelitowych i nie w 440 Hz. Jedno mogę stwierdzić, że są oni rozchwytywani na wszelkie strony jak mało kto. Tu opery z Cenčiciem w Bayreuth, później aż 4 koncerty w Gdańsku na festiwalu Actus Humanus, a teraz nowa płyta… Od przybytku głowa nie boli, a tylko ucho słuchacza się cieszy.


Właśnie kilka dni temu wpadł mi w ręce ich najnowszy album, wydany nakładem Narodowego Instytutu Fryderyka Chopina, szata graficzna: nomen omen gołąbkowa z charakterystyczną imitacją przekroju drzewa, czyli to seria Muzyka Czasów Chopina. A nawet trochę bardziej muzyka sprzed czasów Chopina, bo repertuar zdecydowanie XVIII wieczny. Zespół pod dyrekcją zaproszonego gościa, Lorenzo Coppoli, nagrał Symfonie Jakuba Gołąbka, także jego Partitę na instrumenty dęte oraz Koncert klarnetowy B-dur Karola Kurpińskiego (jako solista również Coppola).


O ile Kurpiński w jakiś sposób istnieje w ogólnej świadomości melomanów (może Bitwa pod Możajskiem albo Nowe Krakowiaki?), o tyle Jakub Gołąbek pozostaje kimś zupełnie nieznanym. A wielka szkoda! Ślązak z pochodzenia, żył w czasach nieodległych Haydnowi i synom Bacha. Autor wielu utworów religijnych, bo przez większą część życia związany z Katedrą Wawelską i tamtejszym zespołem, udzielał się w nim m.in. jako śpiewak. Zdaje się, że był ze społecznością krakowską w dobrych stosunkach, skoro otrzymywał prestiżowe zamówienia kantat na uroczystości religijne do tekstów Wacława Sierakowskiego, z którego literat raczej nie najwyższej próby, ale za to obrotny organizator koncertów. Prócz wówczas popularnej muzyki wokalno-instrumentalnej, dziś w znacznej części zaginionej, archiwa zachowały (na szczęście) 5 symfonii Gołąbka i ową Partitę na zespół dętych.


Muzycznie najbliżej byłoby mu do twórczości Johanna Christiana Bacha, Bacha mediolańsko-londyńskiego, wnosząc to z potoczystej melodyki, dość prostej harmoniki (to jeszcze nie Mozart) czy szlachetnego rysunku tematów, które aż kipią energią. Oprócz swego ekstrawertycznego charakteru, utwory Gołąbka stanowią także ważny rozdział w kształtowaniu się szkoły przedklasycznej na terenie istniejącej wtedy Rzeczypospolitej pod berłem Wettinów i Poniatowskiego. Skład orkiestry typowy – smyczki, plus rogi i oboje, wymiennie z fletami, z rzadka klarnety, nieodzownie basso continuo. Zwięzłe przeprowadzenia w typie formy sonatowej (dwa tematy, których dualizm nie jest silny, krótkie przetworzenie) oraz galanteryjna rytmika plasują Gołąbka na pozycji niesłusznie zapomnianego małego mistrza, którego popularność zgasła wraz z jego życiem.


Parę słów należy także dodać na temat Koncertu Kurpińskiego. Od razu trzeba zaznaczyć, że do naszych czasów przetrwała tylko I część dzieła, o strukturze allegra sonatowego z tematami o bardzo operowej proweniencji - śpiewne, okraszone prostymi biegnikami i trylami. Sam przecież napisał blisko 20 dzieł scenicznych, a jak wiadomo, gdy się raz wejdzie do operowej wody, to nie tak łatwo się wydostać. Utwór, pochodzący z lat 20. XIX w., miał swoją premierę w Paryżu w 1823 r., gdzie Kurpińskiego zawiało w celach kulturalno-krajoznawczych. Krótko mówiąc, chciał podbudować swoją wiedzę na temat nowinek ze świata teatru po zachodniej stronie Odry, Renu i innych rzek, by dalej przeszczepić to na lokalny grunt. Koncert skrzy się zatem mnóstwem efektów buffo, Rossiniowską kantyleną z domieszką faktury à la Paganini. Tak, to właśnie ze względów na efektowność upodobali go sobie wirtuozi tego instrumentu.


Ale wracając do głównego bohatera - na krążku spośród znanych nam pięciu symfonii Gołąbka, znalazły się cztery: C-dur, B-dur i dwie D-dur, wszystkie trzyczęściowe, bez menueta, co świadczy o zdecydowanym wpływie jeszcze szkoły Mannheimskiej. Gwałtowne kontrasty, stosowanie popularnych zwrotów melodycznych ukazuje go jako twórcę obytego, chociaż brakuje mu pewniejszej ręki i silniejszej indywidualności. Sprawnie operuje orkiestrą, choć myśli częściej rejestrami niż instrumentami, dęte wciąż na podrzędnej pozycji, od czasu do czasu prowadzą temat, trochę na wzór wczesnych symfonii XVIII w. Jedną nogą stoi jeszcze w czasach baroku, nie odrzuca partii continuo, tutaj tak skrzętnie wykonanej na klawesynie i klawikordzie, z której nagłe przednutki z I części Symfonii D-dur, tak smacznie wyciągnięte na wierzch, przypominają Sonatę D-dur na dwa fortepiany Mozarta albo finał 98. Symfonii Haydna z komicznym efektem pozytywki granej ponoć przez samego Papę na londyńskich koncertach. Styl wzburzony także mu nieobcy, chociaż z natury jest optymistycznie oświeceniowy, szybko zza ciemnych chmur wychodzi słońce, nawet przetworzenia kierują się raczej w dur niż moll. Klasycystycznie także uwypukla styl turecki i myśliwski, tworząc jeszcze ciekawszy muzyczny galimatias, jak choćby w finale drugiej na krążku Symfonii D-dur.


Partita, zwana także Parthią, rozpisana na dwa rogi, dwa klarnety i fagot, to drobnostka, ale niepowszedniej urody. Pełna lekkości, zwiewnych i charakterystycznych tematów przypominać może nieco Gran Partitę Mozarta. Nie stroni także od liryzmu, zwłaszcza w początku stylizowanym na arię oraz tanecznym, drugim ogniwie. Trzy krótkie części mijają doskonale zagrane, co rusz przerywane nagłymi akcentami buffo – dysonującym akordem, nagłą modulacją, zmianą stylu. To takie prztyczki w nos tym, którzy traktują muzykę zbyt serio. Figa z makiem.


{oh!} Orkiestra nie pierwszy raz pokazała, że jest zespołem o klasie europejskiej: w pełni świadomi stylu muzycy, plus żywiołowy temperament prowadzącego (toż to Włoch przecież!) zaowocował albumem nietuzinkowym, który oprócz samej przyjemności słuchania, odświeża dzieła dzisiaj już zapomniane. Zdaje się, że wcześniej do twórczości Jakuba Gołąbka sięgnęła aż Poznańska Orkiestra Kameralna pod dyrekcją Roberta Satanowskiego końcem lat… 60. Szmat czasu wystarczający, by zajrzeć do nich z powrotem i z nowym duchem nagrać, a potem słuchać, słuchać, słuchać.


Jakaś łyżka dziegciu musi być. Żywię duże obawy, czy Gołąbek będzie w stanie przebić się do ogólnej świadomości słuchaczy. Przy takim zalewie Mozartów, Haydnów i Beethovenów, nie dane było zaistnieć przecież mannheimczykom, a co dopiero polskim twórcom przed Chopinem. To dziwny kompleks, że to, co nasze i nieromantyczne, musi być automatycznie gorsze i najlepiej, by interesowali się tym tylko głęboko zaszyci w archiwach poważni muzykolodzy. Trzeba raz na zawsze sobie powiedzieć, że Polska miała świetnych kompozytorów, a wszelkie porównania do obcych twórców najlepiej schować sobie głęboko do kieszeni. Po prostu – czerpmy z tego, co mamy, a nie ma się czego wstydzić. Vivat, Gołąbek!



53 wyświetlenia0 komentarzy