Pieśni czy opera?

Mimo że Salzburger Festpiele już dawno za nami, to w Internecie wciąż krążą transmisje z poszczególnych wydarzeń festiwalowych. Dla przykładu na platformie Arte.tv można powtórzyć sobie zeszłoroczne Così fan tutte Mozarta czy Elektrę Straussa, a także kontrowersyjnego Don Giovanniego z tegorocznej edycji w reżyserii Romeo Castelluciego. Inną stroną, która współpracuje z wieloma instytucjami kultury m.in. z katowickim NOSPR-em czy z Salzburgiem właśnie jest Medici.tv. W połowie sierpnia, kiedy Festiwal dopiero się rozkręcał, udostępniony został recital jednego z najciekawszych współczesnych tenorów lirycznych. Tak jak BW nie ukrywał swojej admiracji dla brytyjskiego kontratenora (https://www.naczteryrece.pl/post/smutny-smutny-smutny), tak i ja uchylę rąbka tajemnicy i zdradzę, że postać Benjamina Bernheima śledzę z wielką uwagą.


Francuskiego wokalistę odkryłem dość późno, ponieważ dopiero w 2019 roku, kiedy nagrał solowy album dla wytwórni Deutsche Grammophon. Na krążek złożyło się 13 arii z najważniejszych ośrodków rozwoju opery w XIX wieku – Włoch, Francji oraz Rosji (brakuje jedynie Niemiec). Kompozycje Verdiego, Pucciniego, Gounoda, Berlioza, Czajkowskiego, a nawet mało znanego Benjamina Godarda zyskały dzięki ciemnemu głosowi Bernheima rzadko spotykaną paletę barw. Ponadto każdy z utworów został przemyślany nie tylko pod względem kolorystycznym, ale również dramaturgicznym. Materia dźwiękowa całkowicie podlegała interpretacji tenora, a najmniejsze wychylenie harmoniczne nie pozostawało bez znaczenia. Niestety traciła na tym orkiestra praskiej filharmonii prowadzona przez Emmanuela Villaume’a, chcąc zachwycić słuchacza bogactwem brzmienia, przegrywała przy warsztacie Bernheima.


W zupełnie innym anturażu tenor zaprezentował się w Salzburgu, gdzie w Haus für Mozart wystąpił z recitalem pieśni. Przy fortepianie wyjątkowo towarzyszył mu Mathieu Pordoy, który zastąpił dotychczasową akompaniatorkę Bernheima Carrie-Ann Matheson (z przyczyn, jak łatwo można się domyślić, covidowych). Na szczęście szybko złożony duet zabrzmiał spójnie i co istotne - naturalnie. Sympatia panów została zaznaczona w krótkich przerwach pomiędzy utworami, kiedy prześcigali się w uprzejmościach.


Mała scena festiwalowa wypełniła się na półtorej godziny programem przepełnionym delikatnością z nutką romantycznego sentymentalizmu. Koncert rozpoczął się od jednego z najczęściej pojawiających się utworów w repertuarze Bernheima, od Poème de l’amour et de la mer Ernesta Chausson. Ostrożność w podejściu do kruchej tkanki muzycznej widoczna jest zarówno od strony fortepianu, jak i głosu. Pozwala to w pełni rozkoszować się najdrobniejszymi okruchami symbolicznego tekstu. Francuski kompozytor wykorzystał bowiem trzy teksty Maurice’a Bouchora Fleur des eaux (Wodne kwiaty), La Mort de l’amour (Śmierć miłości) oraz Le Temps des lilas (Czas bzów). Dwuczęściowa kompozycja rozpoczyna się od dusznych opisów przyrody, która zagościła we włosach ukochanej osoby. Słodycz melodyczna, pewna niewinność harmonii kontrastowana jest z niejako podskórnie odczuwanym dramatyzmem, który w pełni zabrzmi w drugiej części zaraz po niedługim interludium.


Subtelność została przeciągnięta na kolejne utwory recitalu. Pieśni Clary Schumann z op. 12 nr 4 i 11 oraz z op. 13 nr 1 i 2 w niczym nie ustępują arcydziełom jej męża z tego samego gatunku. Co ciekawe, kompozytorka przeżywa dzisiaj swego rodzaju renesans, częściowo dzięki koncertom Benjamina Bernheima. Oczywiście nie tylko on wziął na warsztat oryginalne kompozycje Schummanowej. W 2019 nakładem Decca Classics została wydana płyta pianistki Isaty Kanneh-Mason z wyborem dzieł fortepianowych kompozytorki (na krążku pojawił się m.in. świetny Koncert fortepianowy a-moll).


Główną część koncertu zakończyły utwory dwudziestowiecznych Brytyjczyków Benjamina Brittena oraz Franka Bridge’a. Powiedzieć o nich, że brzmiały neoklasycznie, to jak nie powiedzieć nic. W całej narracji recitalu miały stanowić raczej przyjemne zakończenie (szczególnie dzięki zabawnej kompozycji Bridge’a Love went a-riding) niż dołożyć kolejną cegiełkę w dramatycznym przedstawieniu miłości. Przez takie ustawnie programu duet pozostawił publiczność w uczuciu niedosytu, co doprowadziło naturalnie do dwóch bisów. Wykonane zostały słynne Morgen op. 27 nr 4 Richarda Straussa oraz jedna z ulubionych arii Bernheima, czyli Pourquoi me réveiller z opery Wether Masseneta (do której nagrał nawet teledysk).



Oczywiście nie każdą interpretację wokalisty przyjmuje z niezachwianym zachwytem. W przywoływanym recitalu najsłabiej wypadły pieśni romantycznego klasyka Johanesa Brahmsa. Utwory z op. 42 nr 2, op. 59 nr 8 oraz z op. 105 nr 2 i 4 brzmiały zbyt ciężko, ciemno, a język niemiecki zdawał się przeszkadzać samemu tenorowi. Zabrakło wyrazistości, czystego pozbawionego wibrata dźwięku, który w moim odczuciu wymagany jest do poprawnego wykonania utworów z tych opusów. Niestety każdy ma jakąś drobną ryskę.

Benjamina Bernheima z przyjemnością słucha się zarówno w kameralnych pieśniach, kiedy można najpełniej doznać jego esencjonalnego głosu, jak i w spektaklach operowych. Dla przykładu to wspaniała Manon i Traviata z Opery Paryskiej, a nawet rzadko wykonywany Fierrabras Schuberta z jego udziałem zapewniał wysoki poziom wykonawstwa w szrankach tenorów. Oprócz tego, Francuz szykuje dużo debiutów w tym sezonie artystycznym, na które mam nadzieję załapać się w internetowych transmisjach. Aktualnie przebywa w Hamburgu, gdzie po raz pierwszy śpiewa rolę Hoffmana z Offenbachowskich Opowieści Hoffmana, a za niedługo wystąpi w Bordeaux, jako Werther w arcydziele Masseneta.



24 wyświetlenia0 komentarzy