Pocztówka z innego świata

Długo się zastanawiałem, o czym dzisiaj powiedzieć. Czy odnieść się do oper, które miałem okazję zobaczyć przez świąteczny, wolny czas? A może jeszcze raz sięgnąć do Kopatschinksiej i jej Pierrota, bo w piątek płyta miała swoją oficjalną premierę? Nie, wybiorę zupełnie odmienną ścieżkę. Na naszym blogu pozostaję dalej w Ameryce, pod lupę nie wezmę ani płyty, ani opery, ani nawet większego koncertu. Powiem o jednym z największych szczytów pieśniarskiego liryzmu, jaki powstał za Atlantykiem. Nie przedłużając - mam tu na myśli Knoxville: Summer of 1915 Samuela Barbera.


Zamówienie na większy poemat wokalny złożyła u kompozytora Eleanor Steber, znana z z ról w operach Pucciniego, Straussa i Mozarta. Knoxville... swoją premierę miało 9 kwietnia 1948 w Bostonie, miejscową orkiestrę poprowadził jej szef, leciwy Sergiusz Kusewicki. Obowiązki we Włoszech uniemożliwiły udział kompozytorowi w koncercie. Prawykonanie nie przyniosło sukcesu, być może ze względu na płytkie odczytanie utworu przez Kusewickiego, któremu obcy był ten typ postimpresjonistycznej liryki. Tak czy tak, kompozycja musiała poczekać kilka lat na lepszych wykonawców, by ugruntować pozycję Barbera. Nawiasem mówiąc pokaże on, co potrafi, już kilka lat później, tworząc Vanessę dla "diamentowej podkowy", czyli Metropolitan Opera. Obecnie przypina mu się łatkę twórcy popularnego, dla szerokiego grona odbiorców, ale taka jest Ameryka: jak cię nie chcą słuchać, to nie istniejesz.


Do nowego utworu Barber wybrał poemat prozą z 1938 roku autorstwa Jamesa Agee'ego, dziennikarza, powieściopisarza, bardzo wpływowego krytyka filmowego lat 40. Narratorem Knoxville... jest kilkuletni chłopiec, przy tym tożsamy z autorem. To sielsko-anielskie dzieciństwo, jak wiemy z biografii pisarza, zaraz się skończy, z chwilą śmierci ojca w wypadku samochodowym. Niektóre fragmenty te tragiczne wydarzenia antycypują, szczególnie kiedy bohater zadaje uniwersalne pytania o sens istnienia, bynajmniej nie podobne sześciolatkowi. Przepuszczenie dziecięcego strumienia świadomości przez umysł dojrzałego artysty uniwersalizuje znaczenie i zdecydowanie poszerza możliwości interpretacji.


Kompozycja autora Antoniusza i Kleopatry, przeznaczona na sopran i orkiestrę kameralną z pojedynczo obsadzonymi instrumentami dętymi i dodaną harfą, wpisuje się w strukturę ronda. Początkowy refren, przesycony diatoniką, niczym kołysanka ewokuje nastrój niewinności, podmiot liryczny wspomina ludzi siedzących na gankach i kołyszących się w bujanych fotelach. Czas płynie powoli. Szemrzą głosy, jakby przyciszone dźwięki ulicy. W powietrzu unosi się zapach wanilii, truskawek i mleka. Linia wokalna podąża za naturalną prozodią tekstu. Całość jednak równie szybko pryska - słychać odgłosy tramwaju, brutalnie wkracza świat techniczny, nowoczesny, antagonistyczny wobec trwania prostego życia. Wysokie pizzicato smyczków imituje sypiące się iskry z sieci elektrycznej, lecz wkrótce muzyka znowu wraca do pierwszego świata. Teraz noc jest niebieską rosą - na tych słowach sopran zatrzymuje się w dłuższych wartościach, harfa intonuje akordy kwartowe i powoli wraca do narracji z początku. Narrator myślami znowu leży na zielonej łące, wśród bliskich, pod rozgwieżdżonym niebem. Pieśń spokojnie kołysze się dalej, pojawia się nowy temat, jakby ludowy autentyk. Wszystko stopniowo narasta do kulminacji: I któż kiedyś opisze wielki ból bycia na ziemi?. Uderzenie w tak patetyczne tony wypada, muszę przyznać, nad wyraz dosadnie, to najmniej udany fragment z całej pieśni. Knoxville... domyka roztopiona na wysokich flażoletach smyczków poetycka koda i ostatni, instrumentalny pokaz refrenu.


W tej muzyce przeglądają się twórcy europejscy, słychać harmonikę wczesnego Strawińskiego, romantyczną emfazę Rachmaninowa, modalność Holsta i Vaughana Williamsa. Barbera często porównuje się z Coplandem, drugi w tym zestawieniu wydaje się bardziej "amerykański". Bo sięgał, zgodnie z radą Nadii Boulanger, wprost do folkloru, bo częściej odwoływał się do historii Stanów. Barber to kosmopolita, wytrawnie obeznany ze stylami panującymi w Europie, romansujący z neoklasycyzmem i francuskim wyczuciem na subtelną barwę. Przypominać może zatem nieco Brittena, podobnie silnie związanego z różnymi panującymi modami, lecz bardziej ekspresjonistyczno-modernistycznego.


Najsłynniejszą (i zresztą najwspanialej interpretującą) Knoxville... bezsprzecznie pozostaje Leontyne Price, jej przypadł zaszczyt nowojorskiego prawykonania. Jako że pochodziła z Missisipi, a więc południa Stanów, to atmosfera sytuacji lirycznej wiersza przypominała własne dzieciństwo. Czysty, a zarazem ciepły sopran doskonale harmonizuje z prostotą i delikatnością pieśni. Oczywiście prócz nagrań samej Steber i Price, utrwaliły ją m.in. Kathleen Battle, Karina Gauvin, Dawn Upshaw, Barbara Hendricks czy Renée Fleming. Współcześnie od czasu do czasu pojawia się na recitalach, choć wymaga od sopranistki doskonałej dykcji i romantycznej muzykalności.


Knoxville: Lato 1915 jest pocztówką, wysłaną przez Barbera ze świata, którego już nie ma. Tak już nikt nie komponuje, a Stany Zjednoczone zmieniły się diametralnie - z czarno-białych fotografii trudno poznać kontury współczesnych metropolii. Pocztówka celowo uproszczona, zbyt eufoniczna; już końcem lat 40. mogła wydawać się czymś epigońskim. Ale przecież taki był zamiar, by znów poczuć unoszący się w powietrzu zapach wanilii.



47 wyświetleń0 komentarzy