Polichóralna polistylistyka

Ale żem się wybrał. Tak długo się wzbraniałem, by przemóc się i w obecnych warunkach zasiąść na widowni filharmonii czy innej sali koncertowej, poczuć odświętną atmosferę koncertu, a nie wciąż przed ekranem w domowym dresie. W końcu poszedłem i... tym samym był to ostatni koncert na jakiś dłuższy czas. Wracamy znowu do cięższych obostrzeń, pozostają (już nie licząc po raz który) transmisje, płyty i nagrania. Cóż, takie czasy.


Ów piątkowy wieczór w Filharmonii Śląskiej upłynął pod szyldem muzyki polichóralnej, rozumianej w szerokim tego słowa znaczeniu. To, co najsilniej kojarzy się z tym terminem, czyli twórczość kompozytorów weneckich z przełomu XVI i XVII wieku, Willaerta, Gabrielich, Zarlina, tutaj reprezentowana właściwie tylko przez jeden utwór - skromne Laudate Dominum Andrei Gabrielego. Skąd taka decyzja? O tym jeszcze za chwilę. Dalej w programie - przeskok o parę wieków: Mendelssohn, Schumann i Brahms. Dość dziwnie, choć może nie do końca, jako że całość domknęła chronologicznie następna muzyka XX wieku. A temu, co koncert rozpoczęło, należy się jeszcze osobne słowo, ale to zostawię sobie na koniec.


Specyfika techniki cori spezzati (dosłownie "chóry złamane") wynika w pierwszej kolejności z topofoniczndch efektów, które twórcy uzyskiwali poprzez podział dużego chóru na mniejsze zespoły, a następnie rozstawienie ich w przestrzeni kościoła. Doskonale służyła temu architektonika Bazyliki św. Marka w Wenecji, zbudowanej na planie krzyża greckiego, z trzema nawami i symetrycznie zaprojektowanymi absydami z miejscem dla muzyków. Nie tylko śpiewem, lecz także splendorem masywnego brzmienia trąb i puzonów rezonowały mury Bazyliki, kompozytorzy bowiem, by nadać swoim utworom jeszcze pełniejszego brzmienia często wprowadzali instrumenty - wnętrze w końcu przepastne, a dźwięk musi nieść modlitwy aż po nieboskłon. Stereofoniczne efekty akustyczne, pogłos i echo inspirowały, zespoły dialogowały ze sobą, nawoływały się, po prostu koncertowały ze sobą, nadając dziełom bardzo dynamiczny charakter. Faktura akordowa pozwalała kontrolować czytelność tekstu przy stosunkowo długim czasie wybrzmiewania. Polichóralność z Wenecji oddziaływała rzecz jasna na całą Europę, w Rzymie przybrała konserwatywny charakter jako wzmocnienie aparatu wykonawczego, z pominięciem wysmakowanych efektów przestrzennych. Zaprezentowany podczas koncertu motet Laetatus sum Tomása Luisa de Victorii dobitnie o tym świadczył.


Z biegiem historii, stosunek do polichóralności zmieniał się równolegle do faktury. Gęstsza polifonia baroku, z której każda z linii melodycznych, każdy z głosów zachowywał wyraźną autonomię, nie sprzyjała "graniu przestrzenią", gdzie szczegóły ginęły w gęstej magmie rezonansu. Stosowanie wielu chórów, jak choćby w Pasji Mateuszowej Jana Sebastiana Bacha działało raczej na rzecz zwiększenia wolumenu niż efektów ściśle topofonicznych. Skutkiem tego, jeszcze później kompozytorzy reinterpretowali pierwotny sens techniki polichóralnej, dostosowując ją do własnych potrzeb. Niektórzy nadawali jej wartości symbolicznej, jak np. w Mszy na dwa chóry Franka Martina, gdzie jeden unisonowy przypominałby kongregacyjny śpiew ludu, a drugi dobarwiał całość harmonicznie czy w Hymn to the Virgin Benjamina Brittena z rozdzieleniem dwujęzycznym na chór łaciński i angielski. Zresztą o tym właśnie mogli przekonać się słuchacze wieczoru, dla wzmocnienia efektu, śpiewacy Filharmonii Śląskiej podzielili się na dwie połówki - tych na estradzie i tych na balkonach.


Repertuarowo, mocną stroną zespołu prowadzonego przez Jarosława Wolanina jest przede wszystkim muzyka XIX i XX wieku. Nie ma się zatem czemu dziwić, że właśnie te utwory zajęły lwią część programu. Najbardziej przekonująco wypadł więc Johannes Brahms i jego motet Wo ist ein so herrlich Volk (Bo któryż naród wielki ma bogów tak bliskich, Pwt 4, 7-9) op. 109 nr 3, pełny w brzmieniu, dostojny w charakterze. W pierwszym z Psalmów op. 78 Warum toben die Heiden (Dlaczego narody się buntują?, Ps 2) Felixa Mendelssohna do głosu dane było dojść aż ośmiu solistom, którzy jak sędziowie z wysokości karcili niewiernych władców. Także wspomniany już Britten i Martin podpasowali wykonawcom i stanowili zgrabnie zaśpiewaną puentę.


Zasadnicza rzecz, z którą Chór Filharmonii Śląskiej ma największy problem to fragmenty recytatywne, gdy dany głos pozostaje solo. Wtedy fraza zdaje się wymuszona, nierówna, najsilniej słychać wszelkie błędy intonacyjne. Tym niestety rozczarował Robert Schumann, jego Talizman op. 114 nr 4 do słów Goethego, pomimo fragmentów podniosłych i dobrze wykonanych. Najbardziej jednak od całości odcinały się wykonawczo kompozycje de Victorii i Gabrielego. Brak wyczucia na inne niż w XIX wieku postawienie głosu, niedostatecznie intensywne cieniowanie dynamiczne, zbyt kanciaste forte nie sprzyjały odbiorowi. A do tego niewyraźna dykcja sprawiła, że oba utwory znalazły się tu z konieczności, niż z artystycznego zrozumienia. Ironizując, trochę bez sensu byłoby przecież śpiewać muzykę polichóralną bez nawiązania do jej korzeni.


Na deser wspomnę o "eksperymencie" jaki Filharmonia pozwoliła sobie przeprowadzić. Pierwszy utwór z programu, czyli Bogorodice Diewo Alfreda Sznittkego zadyrygował... hologram. Na wiszącym nad sceną ekranie mgłowym z rzutnika wyświetlał się obraz dyrygenta tak, by śpiewacy rozstawieni po obu stronach estrady i ci na balkonie mogli podążać za jego gestami. Widok niecodzienny, mówiąc krótko - ciekawostka niż coś, coby miało większą rację bytu. Przeszkadzał w odbiorze odbity na suficie anamorficznie wydłużony ten sam obraz, poza tym trudny do ukrycia był też fakt, że to nie transmisja obrazu Wolanina zza kulis, tylko wcześniej nagrane ujęcie. Najbardziej czuł się zestresowany chór, niebrzmiący przy tym przekonująco. Na bis, gdy całość poprowadził "żywy" dyrygent, frazowanie zyskało na naturalności.


Piątkowy wieczór minął wyjątkowo krótko, bez przerwy, bez większego oddechu wszystko zamknęło się w godzinę. Zamknęło... tak samo jak drzwi sali koncertowej dla melomanów na najbliższe tygodnie. Też się obawiam, że równie krótko będę o nim pamiętał. Trochę za wielki pośpiech, a za mało prób. Wiszący w powietrzu pesymizm także nie sprzyjał doznaniom najwyższej próby. Zabrakło również rozsądniejszego podejścia do doboru repertuaru. Skoro muzyka polichóralna, to lepiej byłoby skupić się na renesansie i baroku, a nie na egzaltowanym romantyzmie. Tak to po prostu szkoda.

71 wyświetleń0 komentarzy