Powrót naturalny

„Powiedz, jak długo trwała po mnie żałoba. Czy sypali popiół na nasze ogrody? Opowiedz, jak rozpaczali ojcowie, jak zamknięto wszystkie teatry i kina, jak ściszono muzykę.” – tymi słowami Inanna, bohaterka ahat-ilī Aleksandra Nowaka wita swoją powiernicę, Ninshubur. „Chcę powiedzieć, że nikt nie zauważył, Inanno. Nikt nie spostrzegł zmiany, nie wiedział, że umarłaś” – gorzka replika. W piątkowy wieczór zabrzmiało to aż nazbyt aktualnie, szczególnie słowa o zamknięciu teatrów i kin, chociaż my ten czas zamilknięcia odczuwamy aż nazbyt boleśnie. Ten koncert (i to chyba nie tylko moje zdanie) zajął centralne miejsce w programie szóstego Festiwalu Katowice Kultura Natura.


Eufoniczny hymn wieńczący operę jakoś zyskał nieco ironiczno-dwuznaczny wydźwięk. Radość z budzącej się do życia przyrody, powrotu normalnego świata podszyty był kruchością, niepewnością. Cieszcie się z tego jak jest, ale pamiętacie, że w każdej chwili może się odmienić - tak czytałbym jego przesłanie. Mit, jakim jest opowieść o sumeryjskiej bogini, nie zna przecież ludzkiego czasu linearnego, tylko, jak to pięknie udowadniał Mircea Eliade, czas kosmiczny, kołowy, czas wiecznego powrotu. Kora musi co roku zejść do Hadesu, zatem i Ereszkigal wezwie do podziemi Inannę, którą ktoś odkupi. Tokarczuk i Nowak stworzyli przy tym opowieść bardzo czułą i otwierającą po raz kolejny dyskusję na temat sytuacji człowieka we współczesnym świecie, także konieczności powrotu do rzeczywistości uniwersalnej, archetypicznej. Dobrze się złożyło, że właśnie z ahat-ilī wróciliśmy na koncerty z publicznością, dziełem ważnym i zadającym równie ważne pytania.


Fot. Radosław Kaźmierczak Fotografia / koncert 21 maja


Tegoroczną edycję określiło hasło „Tęsknota i pragnienie”, co w sytuacji ciągłego zawieszenie w niepewności, odbywania lub nieodbywania się koncertów jest w pełni uzasadnione. Zresztą to o wiele mniej abstrakcyjny tytuł niż w ubiegłych edycjach: „Metamorfozy”, „Dziecięctwo” czy „Kobieta” (ostatnie zresztą zbyt trafione nie było, o czym jeszcze na końcu). Z uwagi na czas poszczepionkowy zdecydowałem się, mimo że na ostatnie dwa koncerty publiczność miała wstęp, oglądać transmisje internetowe. Ma to oczywiście swoje plusy i minusy – zaletą możliwość śledzenia każdego gestu w dużym powiększeniu, a wadą – brak prawdziwych emocji, które można odczuć tylko w żywym kontakcie.


Z Katowice Kultura Natura już na stałe zżył się epitet „flagowy muzyczny festiwal Katowic”. I nie ma się zresztą czemu dziwić, skoro od 2015 roku gośćmi były tu orkiestry z Berlina, Salzburga, Zurychu, swoje recitale pieśni wykonywali Sarah Connolly, Ian Bostridge, Franz-Josef Selig, a z solistów można wymienić np. Leifa Ove Andsnesa, Nikołaja Lugańskiego i Andrása Schiffa. Po dziś dzień krążą wspominki, jaki wspaniały koncert zagrała London Sinfonietta sześć lat temu. Szkoda, że jeszcze nie byłem wtedy na Śląsku, wiem jednak, że kolejne, równie ciekawe edycje jeszcze przede mną.


Cały Festiwal ma określoną linię programową: dwa koncerty zaproszonych orkiestr, recital fortepianowy, recital pieśni, koncert muzyki kameralnej, wieczór oratoryjno-kantatowy oraz występ śląskiego zespołu (AUKSO, Kwartet Śląski, {oh!} orkiestra historyczna, Camerata Silesia, Orkiestra Muzyki Nowej). Z uwagi na w pełni usprawiedliwione tegoroczne turbulencje organizacyjne, zamiast dziesięciu wydarzeń, miało miejsce sześć, ale tu przecież nie o ilość chodzi, lecz o jakość. Do Katowic zawitała Marin Alsop, Dorothea Röschmann, Sonya Yoncheva, Aleksander Mielnikow i Concerto Köln z Siergiejem Malowem.


Rozpoczęcie – otwarcie – czyli koncert orkiestry NOSPR-u pod batutą Marin Alsop, czołowej brytyjskiej dyrygentki, ulubienicy publiczności miał przenieść słuchacza w obszary najwyższego miłosnego uniesienia. Ten jakże tęskny i wybujały program w Katowicach poprowadziła dość zachowawczo. Preludium i Śmierć miłosna Izoldy z dramatu Wagnera brzmiały wyjątkowo selektywnie, brakowało porwania całą masą, zalania ścianą dźwięków, by „niewypowiedziana rozkosz” mogła wypłynąć szerokim strumieniem. Tak samo i Szymanowski, z Ewą Tracz w Pieśniach miłosnych Hawiza: wszystko poprawnie, ale bez koniecznego naddatku, by interpretacja zapadła na długo w pamięć. Cóż, może gdyby publiczność siedziała w fotelach, to dodałaby animuszu.


Fot. Radosław Kaźmierczak Fotografia / koncert 14 maja


Niechronologicznie, ale ciągnąc temat wokalny, w ramach Katowice Kultura Natura znalazły się jeszcze dwa występy, zgoła różne od siebie, lecz mocno podkreślające liryzm, czy to jako ludzki śpiew, czy wysublimowane brzmienie orkiestrowe. Poniedziałkowy wieczór należał bowiem do Dorothei Röschmann, niemieckiej sopranistki, znanej z łączenia występów scenicznych (m.in. liczne partie mozartowskie) wraz z występami estradowymi. Od czasu pamiętnej Hrabiny na Festiwalu w Salzburgu w 2006 roku jej głos nabrał ciężkości, obniżył się i ściemniał, a górę skali zaczęło przykrywać mocniejsze wibrato. Interpretacje zyskały za to na pogłębieniu wyrazu, synteza słowa i muzyki stała się wyraźniejsza. Najlepiej wypadł Schumann, mało znany późny cykl Poezji Królowej Marii Stuart op. 135 w jej wykonaniu ujmował zmiennością nastrojów, od melancholii, tęsknoty podmiotu za opuszczoną Francją po konsolacyjność finałowej modlitwy. W podobnym tonie przepłynęły Pieśni Mignon Wolfa, zwłaszcza „Kennst du das Land”, w której Röschmann umiejętnie połączyła z pozoru różne od siebie odcinki w koherentną całość. Większą dozę humoru pokazała zaś w Wunderhornlieder Mahlera, gdy w jednej z piosnek kukułka kłóci się ze słowikiem o prym wśród śpiewających ptaków. Niemałe ukłony należą się przy tym towarzyszącemu jej przy fortepianie Wolframowi Riegerowi.


Inaczej natomiast napięcia emocjonalne w swoim występie w czwartek rozplanowała Sonya Yoncheva. Bułgarska śpiewaczka wykonała cztery pieśni Duparca z towarzyszeniem orkiestry NOSPR-u pod batutą Domingo Hindoyana, prywatnie – jej męża. Cały wieczór dopełniły zaś inne utwory kompozytorów francuskich, modernistów z przełomu stuleci. Fauré i jego suita z Peleasa i Melizandy, wspomniany Duparc i Roussel z suitą z Bachusa i Ariadny brzmieli bardzo pastelowo, wysmakowanie, mimo że, trzeba to przyznać, wybrane kompozycje nie należą do absolutnych arcydzieł. Zwłaszcza ostatni z tej trójki, barwny, lecz narracyjnie zbyt meandrujący. A co do samej Yonchevy, jej głos, z dużą domieszką powietrza, niósł się dobrze, choć czasem górny rejestr osiągała zbyt siłowo. Być może repertuar pieśniarski nie leży w centrum jej zainteresowań, bo na estradzie w przeciwieństwie do sceny operowej pozostaje „czysty” głos, nie podparty grą aktorską, a więc dramatycznie wszelkich niedoskonałości ukryć nie sposób. W porównaniu z poprzednimi kreacjami, gdzie celowała w repertuar dawny lub bel canto (opisywana przez BM płyta Rebirth, Poppea w operze Monteverdiego, także Medea Cherubiniego, Norma i Imogena z Belliniego, ale i Tosca), powoli jej głos nabiera intensywności, bliskiej nawet sopranowi dramatycznemu. Zobaczymy, na razie te przemiany są bardzo interesujące.


Fot. Radosław Kaźmierczak Fotografia / koncert 17 maja


Dodam jeszcze kilka słów na temat solowego występu Aleksandra Mielnikowa, rosyjskiego pianisty znanego z wykonawstwa muzyki na historycznych instrumentach, ale także nagrań Prokofiewa i Szostakowicza. Niedzielny wieczór, aż chciałoby się powiedzieć, wypełnił program wręcz fantastyczny, od Fantazji C-dur „Wędrowiec” Schuberta, przez Fantazje op. 116 Brahmsa a kończąc na mniej znanej Fantazji h-moll op. 28 Skriabina. Układ i wybór jak najbardziej sensowny, obrazujący różne podejścia twórców do bardziej swobodnej formy. Właśnie, nie przytaczając całego streszczenia gatunku, wywodzi się ona z improwizacji instrumentalnych i element niewpisywania się w ustaloną, aprioryczną formę (jak np. rondo, forma sonatowa), często, wszakże nie zawsze, intrygował kompozytorów. Dowodem na to jest choćby otwierająca koncert Fantazja Schuberta, scalająca zarówno czteroczęściowy cykl sonaty, jak i jednoczęściowe allegro. Natomiast jedno z ostatnich dzieł Brahmsa stanowi zbiór capricciów, bardziej ekstrawertycznych i nostalgicznych intermezzi, o strukturze swobodnej, podporządkowanej ekspresji. Wieńczący Skriabin to natomiast jeden z najgęstszych pianistycznych tour de force tego twórcy-teozofa. Trudno stwierdzić, który z wybranych przez Mielnikowa utworów najlepiej współgrał z jego osobowością, chyba jednak finałowy, ekstatyczny Skriabin, w którym osiągając skrajnie ostrą dynamikę w kulminacji zerwał strunę. Technicznie pokazał, że jest niezwykle sprawnym pianistą, z łatwością wykonywał wszystkie wirtuozowskie pasaże, z drugiej strony brakowało chwilami lirycznej głębi, zwłaszcza w Brahmsie. Trochę to wszystko było neurotyczne i nerwowe, poza tym nie ukrywał, że nie był zadowolony ze swoich interpretacji, żegnając się z wyimaginowaną, elektroniczną publicznością jedynie dziwnym grymasem twarzy i machnięciem dłonią.


Rozczarowaniem okazał się niestety koncert zamknięcia. Concerto Köln do swojego programu wybrała utwory Vivaldiego i Bacha (którego prócz dwóch Koncertów Brandenburskich utwory wieczoru były przeróbkami kompozycji wenecjanina); repertuar zatem znany i lubiany przez właściwie każdą publiczność. Gwiazdą wieczoru miał być skrzypek, wiolista i wiolonczelista w jednym, czyli Siergiej Malow. Piszę „miał być”, bo jego gwiazdorstwo przybrało raczej obraz, eufemistycznie mówiąc, mało zajmujący. Brzmiał cicho i co gorsza – nieczysto, szczególnie grając na głównej „atrakcji” wieczoru, czyli wiolonczeli da spalla, mniejszej kuzynce o pięciu strunach, którą trzyma się podobnie jak skrzypce. Przemilczę jego dziwne podrygi na estradzie, które, gdyby szły w parze z pociągającą interpretacją, wziąłbym za dobrą monetę, tu irytowały. Chyba zapominał, że prócz niego są jeszcze inni muzycy (na twarzach członków zespołu malowała się lekka irytacja), już nie mówiąc o solistach-flecistach w IV Koncercie Brandenburskim, których swą nadmierną afektacją negatywnie przyćmiewał. O dziwo, zespół najciekawiej brzmiał właśnie w dwóch concerti ripieni Vivaldiego, a więc przeznaczonych na same smyczki, bez wyróżnionych partii.


Wpadłem przy tym finale w nieco negatywny ton, ale nie chciałbym być odebrany, że uważam szóstą odsłonę KKN za nieudaną. Wręcz przeciwnie - doskonale wpasowała się w linię rozwojową wszystkich poprzednich edycji, które skupiały w centrum Śląska najwybitniejszych wykonawców polskich i zagranicznych. To naprawdę wielkie szczęście, że pomimo ograniczeń pandemicznych festiwal odbył się i zachował ustalony, najwyższy poziom. Zabrakło być może tylko pięknie wydawanych książeczek programowych, które prócz czysto muzykologicznej oprawy, dopełniały także kontekstem kulturowym. Publikowane na stronie NOSPR-u komentarze, również jako nagrywane podcasty, stanowiły jakąś tego namiastkę.


Żartując, tegoroczna edycja jest chyba odkupieniem po braku „Kobiety” sprzed dwóch lat. Pojawiły się interpretatorki, a najjaśniejszy punkt – ahat-ilī – kontynuując silnie feministyczne nastawienie Nowaka, naświetliła żeńskość od strony filozoficznej i metafizycznej. A przewodnie "Tęsknota i pragnienie" też były obecne, przede wszystkim za utraconym czasem, gdy NOSPR zamilkł. Tego nie da się odrobić, ale muzyka będzie zawsze. Dobra muzyka.

43 wyświetlenia0 komentarzy