Romans austriacko-amerykański

Wielu wybitnych skrzypków krąży dziś po świecie - Anne Sophie Mutter, Hilary Hahn, Patricia Kopatchinskaja, Julia Fischer, Ray Chen, a to tylko niektóre z nazwisk, które należy śledzić z wielką uwagą. Wśród tego panteonu chciałbym umieścić jeszcze jednego instrumentalistę, Brytyjczyka Jacka Liebecka. Szlachetna srebrzysta barwa dźwięku oraz mistrzostwo techniczne, stawiają go wśród najlepszych wykonawców współczesnej sceny muzycznej. Szczególnie pierwszy aspekt uwidacznia się w jego ostatnio wydanej płycie, na której znajduje się ciekawe zestawienie dwóch koncertów skrzypcowych – op. 36 Arnolda Schoenberga oraz D-dur op. 77 Johannesa Brahmsa.


Z jakiego powodu, te kompozycje znalazły się na jednym krążku? Początkowo wydawać by się mogło, że funkcjonują na zasadzie przeciwstawienia. Dodekafonia założyciela II szkoły wiedeńskiej kontra neoromantyczny klasycyzm Brahmsa. Dwie skrajnie różne stylistyki, które wbrew pozorom mają wiele ze sobą wspólnego. Obydwie wyrastają bowiem z XIX-wiecznej estetyki, nastawionej na rewolucyjne podejście do procesu kompozytorskiego. Twórcy z epoki romantyzmu, chcieli w znacznej mierze przeciwstawić się panującemu porządkowi – Franciszek Liszt i Hector Berlioz wprowadzili programowość do muzyki klasycznej, Ryszard Wagner zmienił pojęcie opery i harmoniki. Rewolucyjność Brahmsa polega nie na tworzeniu nowych gatunków muzycznych, reinterpretowania elementów dzieła muzycznego, a na przeciwstawieniu się idei epoki, powracając do tradycji klasycznej. Potwierdzenie znaczenia tego kompozytora w świecie muzyki zaznaczył drugi twórca z płyty Schoenberg nazywając go „prekursorem nowoczesności”.


O przewrocie w myśleniu o materiale muzycznym w twórczości Schoenberga, pisaliśmy już trochę w poprzednich tekstach. Nowy sposób operowania 12-dźwiękiem stał się inspiracją dla większości kompozytorów XX wieku. Nie można jednak zapomnieć o wczesnych utworach dodekafonisty, które stanowią swego rodzaju pożegnanie, rozliczenie się z przeszłością. W dziełach do opp. 10-11 następuje podsumowanie całego XIX wieku – jego programowości (Verklärte Nacht op. 4), symfoniki (I Symfonia Kameralna op. 9), poematów symfonicznych (Pelleas und Mellisande op. 5) czy z twórczości pieśniarskiej. Ta romantyczność od której kompozytor desperacko uciekł w środkowym okresie twórczości, powraca właśnie od opus 36. Moment to szczególny w jego biografii, gdyż jest to pierwszy ukończony utwór po przymusowej emigracji Schoenberga do Ameryki. Uważa się, że przez potrzebę do dotarcia do szerszej publiczności, Koncert skrzypcowy charakteryzuje bardziej melodyczny charakter, a seria potraktowana jest o wiele swobodniej niż w kompozycjach od op. 25.


Pierwsze podobieństwo zostało więc znalezione – romantyczne korzenie obydwu kompozycji. Na tym jednak nie koniec, utwory te posiadają bowiem podobną 3-częściową budowę, w której poszczególne segmenty posiadają praktycznie te same rozwiązania formalne. I część forma sonatowa, II – swobodne andante, III – rondo. Konotacje są liczne, choć interpretacja kolejnych odcinków w Koncercie skrzypcowym Schoenberga może różnić się, w zależności od punktu widzenia. Dla przykładu, niektórzy dopatrują się w I części budowy trzyczęściowej z kadencją i kodą w zakończeniu, a w finale ukrywa się marsz. Tak czy tak, można odnaleźć wiele podobieństw między dwoma kompozycjami umieszczonymi na płycie Liebecka.


A co z samym wykonaniem? Moim zdaniem lepiej wypada XX-wieczny koncert skrzypcowy. BBC Symphony Orchestra pod batutą Andrew Gourlaya rozpływa się w mnogości barw instrumentalnych, jednocześnie zachowując rygor rytmiczny. Dzięki temu kolejne zmiany harmoniczne (w szczególności w II części), eksponują kolejną ważną technikę kompozytorską Schoenberga – Klangfarbenmelodie. Nie rozwodząc się nad nią specjalnie, polega na zwróceniu się w stronę kolorystycznej warstwy utwory np. eksponując pojedyncze motywy czy nieznacznie zmieniając instrumentację poszczególnych akordów. Trudności obydwu partytur są wielkie, jednak dyrygent pokonuje je z wielką zgrabnością, co jedynie cieszy ucho. Sam Liebeck potrafi wtopić się w wciąż zmienną warstwę orkiestry, jednocześnie wyprowadzając na pierwszy plan aspekt melodyczny Koncertu skrzypcowego op. 36. Dzięki temu ostra i sucha warstwa dźwiękowa zaprezentowana jest jako spójna i jednocześnie krucha tkanka muzyczna, która zdaje się zmieniać z sekundy na sekundę. Bańka mydlana nigdy nie pęknie, utwór Schoenberga trzymany jest w ryzach nie tylko przez solistę, ale również dyrygenta.


Niestety Liebeck wiele traci w koncercie skrzypcowym Brahmsa. Po tak oryginalnej interpretacji Koncertu op. 36, skrzypek zatraca swoją żywiołowość, a klasyczna konstrukcja poszczególnych części zdaje się przeszkadzać interpretacji skrzypka. Zaznacza się to szczególnie w ostatniej części, gdzie kolejne przedstawienia tematu właściwie niczym się nie różnią. Zachowuje on ideę gatunkową ronda… ale ileż można słuchać tego samego wstrzymywania narracji, która aż prosi się o niezwłoczną kontynuację. W Koncercie Brahmsa zabrakło romantycznego podejścia do tkanki muzycznej, które zostało zastąpione wyraźnym podziałem na kolejne segmenty formalne. Szczególnie w finale uwidacznia się jeszcze jeden niefortunny aspekt – zmęczenie nie tylko skrzypka, ale również orkiestry, ukazujące się w miejscowych nieczystościach. Potwierdza się jedynie trudność techniczna finału tego koncertu, co zostało zauważone nawet w polskiej literaturze. Maria Kuncewiczowa w powieści Cudzoziemka, umieszcza scenę, w której główna bohaterka Róża, próbuje zagrać cały koncert z pamięci co doprowadza do spektakularnej porażki w III części. Takiej katastrofy nie znajdziemy na płycie Liebecka (całe szczęście!), niemniej gdy mówimy o absolutnym ideale tej części, warto sięgnąć do nagrania z 1993 roku, gdzie Anne Sophie Mutter wykonuje ten koncert pod batutą Herberta von Karajana.


Pomimo tego, Jack Liebeck jest równie ciekawym skrzypkiem, pomimo zatracenia pazura w utworze Brahmsa. O wiele lepiej wypada w utworach kameralnych tego kompozytora, nagrał bowiem komplet jego Sonat skrzypcowych, które równie serdecznie polecam. Płyta z dwoma koncertami warta jest wysłuchania, szczególnie gdy Koncert skrzypcowy Schoenberga nie był nam wcześniej znany. A jeżeli za mało będzie państwu pięknych dźwięków Liebecka, jedną z ciekawszych propozycji jest nagranie z 2009 roku Kwartetu na Koniec Czasu Oliviera Messiaena. Okazuje się, że skrzypek najlepiej wypada w repertuarze XX-wiecznym, oby więcej takich się pojawiało!



32 wyświetlenia0 komentarzy