Smutny, smutny, smutny

Na naszym blogu nie mieliśmy okazji jeszcze świętować żadnych większych rocznic naszej działalności. W końcu jesteśmy „młodymi” blogerami, a Na cztery ręce rozwija się dopiero od stycznia. Jednak ten post będzie o tyle szczególny, że nosi zaszczytne pięćdziesiąte miejsce w naszej internetowej enumeracji. Czy to rocznica drewniana czy aluminiowa (a może żadna?) nie zamierzam oceniać, a po takim czysto kronikarskim wstępie przechodzę czym prędzej do rzeczy.


Dzisiaj sięgam po Lamento, najnowszy album angielskiego kontratenora Iestyna Daviesa i zespołu Fretwork, który przed tygodniem ukazał się nakładem wytwórni Signum Classics. Znalazły się na nim kompozycje niemieckich mistrzów XVII wieku, m.in. Samuela Scheidta, Johanna Hermanna Scheina i Heinricha Schütza, skupione wokół tematyki żałobnej i lamentacyjnej. Od wirginału i organów całość poprowadził Silas Wollston, a do dwóch duetów dołączył inny kontratenor, Hugh Cutting.


Nie będę ukrywał mojej wielkiej admiracji dla talentu Iestyna Daviesa. Od kiedy zobaczyłem go w skromnej partii Trynkula w Burzy Thomasa Adèsa, z uwagą zacząłem śledzić jego poczynania, wznosząc zachwyty nad każdą nową płytą (aż dziwne, że nie pojawił się wcześniej na naszym blogu…). Cenię go przede wszystkim za doskonałe dopasowanie głosowe do kreowanych partii: wyważony Bertarido w ostatniej realizacji Rodelindy na CD (Linn), histeryczny Ottone w Koronacji Poppei (Glyndebourne) czy patetyczny Dawid w Saulu (też Glyndebourne). Do tego doskonałe wykonania muzyki Bacha (polecam zwłaszcza album z kantatami z 2015 roku, niebawem ma się ukazać jego druga część), Purcella i Dowlanda. Słowem - kontratenor idealny, choć najnowszy krążek obnaża pewne skazy na jego wizerunku.


Lamento to wycieczka w stronę Niemiec, w których postępująca reformacja narzuca konieczność przedefiniowania roli muzyki w liturgii. Wybrane do albumu kompozycje można sklasyfikować do gatunku solowego lub małego koncertu kościelnego. Oscylowanie między harmoniką modalną a systemem dur-moll, następstwo krótkich, mało skontrastowanych odcinków i wykorzystanie niemieckich tłumaczeń tekstów biblijnych albo słów samego Marcina Lutra to ich cechy dystynktywne. Nowa muzyka w kościele luterańskim miała sprzyjać kontemplacji i religijnemu uniesieniu. Jednym z przykładów takiej praktyki było organizowanie koncertów z nabożnymi utworami, w Lubece pod nazwą Abendmusiken (Am Wasserflüssen Babylon Tundera z Lamento mogło się pojawiać w takim kontekście).


Najjaśniejszymi punktami całej płyty są zdecydowanie kompozycje: Schütza Auf dem Gebirge ze zbioru Geistliche Chor-Musik op. 11 oraz lamento Ach dass ich Wassers g’nug hätte Johanna Christopha Bacha. Bezbrzeżnie smutny lament Racheli, opłakującej stratę swych dzieci w rzezi niewiniątek, kunsztownie opracowany na dwa głosy nadaje ton całości, w podobnym nastroju rozpływa się też Bach, gdzie podmiot liryczny wypłakuje oczy nad swymi grzechami. Trudno tu znaleźć uczucia inne niż żal czy głęboki ból, jedynie rzadkie fragmenty bardziej konsolacyjne wprowadzają przebłyski słońca. Nawet tańce z Banchetto musicale w takim anturażu wypadają jakoś niewesoło.



Całości recitalu dopełniły kompozycje czysto instrumentalne, dwie canzony i wspomniane wyżej dwie suity Scheina. Chociaż utwory na consort wiol kojarzą się w pierwszej kolejności z ówczesną muzyką angielską, to na terenie księstw germańskich działało pokaźne grono wirtuozów-wiolistów. Wypracowywany przez nich model suity zespołowej legł u podstaw gatunku na następne dziesięciolecia. Zespół Fretwork wykonał powierzone zadanie wyjątkowo solidnie. Wolne, posuwiste tempa, gęste brzmienie consortu gamb, brak wibrata to ich cechy szczególne. Tylko od czasu do czasu muzycy pozwolili sobie bardziej poswawolić agogicznie, nadając rumieńców wirtuozowskim fragmentom Canzony „O Nachbar Roland” Scheidta.


Oprócz Iestyna Daviesa, sygnującego swoim nazwiskiem cały krążek, nie mogę nie wspomnieć o pojawiającym się gościnnie Hugh Cuttingu, młodym, dwudziestoczteroletnim śpiewaku, uczniu Royal College of Music. Obdarzony głosem pełnym, nośnym i bogatym w alikwoty zdobywa coraz większą popularność, występując zarówno na scenie operowej (m.in. Bertarido w Rodelindzie, Ottone w Koronacji Poppei), jak i estradzie (partie altowe w kantatach Bacha, oratoriach Händla i odach Purcella). Dawno w gronie kontratenorów nie pojawił się ktoś o tak interesującym (a jednocześnie naturalnie mocnym) głosie. Trzymam kciuki za jego dalszą karierę.


Davies także wcześniej do swojego projektu zaprosił młodego wykonawcę; dwa lata temu przy współudziale Jamesa Halla nagrał duety Purcella i Blowa (Elegy, wytwórnia Vivat). O ile przy Hallu Davies brzmiał prawie identycznie, to w ducie z Cuttingiem różnica jest kolosalna. Brakuje Daviesowi soczystości, głębi, lekko zaczynają szwankować koloratury. To nie ten sam głos, co ze świetnego albumu z utworami Dowlanda The Art of Melancholy.

Dół skali przycichł, a prawie pozbawiony wibrata tembr zyskiwał dopiero w wyższym rejestrze (jego specjalność - delikatne messa di voce - wciąż brzmi cudnie). Te niedoskonałości Davies nadrabia dojrzałością interpretacji, spokojem i wyczuciem na muzyczny czas. A tego właśnie w muzyce XVII wieku potrzeba najbardziej.



40 wyświetleń0 komentarzy