Tydzień płytowy - odc. 5

Nevermind, prócz tytułu sławnego albumu Nirvany, to także funkcjonujący od 2013 roku zespół wykonujący muzykę XVII i XVIII wieku. Jeana Rondeau (klawesyn, także aktywny solista), Annę Besson (flet), Robina Pharo (wiola da gamba) i Louisa Creac’ha (altówka) połączyła pasja w eksploracji utworów na nie tak popularny skład. Wcześniej odkryli Kwartety paryskie Georga Philippa Telemanna oraz dzieła Louisa-Gabriela Guillemaina i Jeana-Baptiste Quentina; na najnowszym albumie zarejestrowali jedne z ostatnich dzieł Carla Philippa Emanuela Bacha, czyli serię Kwartetów, w katalogu kompozytora oznaczonych numerami od 93 do 95. Wszystkie trzy pochodzą z 1788 roku, powstały więc na kilka miesięcy przed śmiercią twórcy. Całości krążka dopełniają starannie zinstrumentowane wolne części z dwóch Sonat Wq 48/6 i Wq 65/32, równie melancholijne.


Choć w kilku częściach pojawia się ciut więcej żywiołowości (jak w finale Kwartetu G-dur), prawie cała reszta skłania się w stronę żalu czy - chwilami - wręcz romantycznego liryzmu. Dwa Kwartety są w moll, co na owe czasy nie było tak powszechne, szczególnie w domenie kameralistyki. To muzyka ściśle introspektywna, pozbawiona nagłych kontrastów typowych dla najbardziej rozpoznanego stylu Bacha – wzmożonej uczuciowości. Występujące od czasu do czasu imitacje, połączone z zaawansowaną harmoniką każą myśleć o tych utworach jako przykładach stylu późnego. Wysmakowana gra Nevermind przydaje im dużo czaru - porozumienie między członkami zespołu pozwoliło włączyć w grę subtelne rubato. Ich instrumenty brzmią znakomicie, są to kopie wedle wzorców z epoki, zwłaszcza flet o ciepłej barwie doskonale spaja się z dość jasno brzmiącą altówką. Najtrudniejsze zadanie przypadło Jeanowi Rondeau, bowiem klawesyn nie jest traktowany jako akompaniament, tylko jako równoprawny partner o bardzo wirtuozowskiej partii.



17 wyświetleń0 komentarzy