Wajnberg ułagodzony

Od kilkunastu lat trwa istny boom na Mieczysława Wajnberga. Od konferencji w Manchesterze na 90. rocznicę urodzin kompozytora oraz odkrycia Pasażerki i sensacyjnej premiery na Festiwalu w Bregencji w 2010 roku jego twórczość szturmem podbija estrady koncertowe, a także pojawia się na coraz liczniejszych wydawnictwach płytowych w tak renomowanych wytwórniach jak Deutsche Grammophon czy Naxos. Na gruncie polskim (przecież Wajnberg urodził się w Warszawie w żydowskiej rodzinie) słowa uznania należą się Kwartetowi Śląskiemu, który jako drugi na świecie (po Quatour Danel) nagrywa sukcesywnie komplet jego kwartetów smyczkowych. Do nurtu prezentowania światu kameralistyki Wajnberga wpisuje się również najnowszy album wytwórni Dux z sonatami skrzypcowymi w wykonaniu Michała Kowalczyka (skrzypce), Dagmary Niedzieli i Mateusza Rożka (fortepiany).


Sonaty skrzypcowe Wajnberga spotkał podobny los jak wspomnianą większość jego spuścizny – najwcześniejsze nagrania datowane są na pierwszą dekadę XXI wieku, m.in. Tatiany Gonczarowej, Gidona Kremera i Linusa Rotha. II Sonata op. 15 powstała w 1944 roku zaraz po przeprowadzce do stolicy ZSRR w czasie wojny i tchnie odrobiną optymizmu na - być może - lepsze życie. Na przeciwległym biegunie stoi starsza od niej o 9 lat V Sonata op. 53, skomponowana po rozwianiu wszelkich nadziei - po antyżydowskiej nagonce na rodzinę Wajnberga, śmierci teścia Solomona Michoelsa i osadzeniu w więzieniu, z którego wyswobodził go Szostakowicz. W niej najwyraźniej odzywa się ton diabolicznego scherza (dwa środkowe ogniwa), skontrastowany zaś bezbrzeżną melancholią. Natomiast podsumowaniem dorobku w tym gatunku pozostaje ostatnia, zadedykowana pamięci matki VI Sonata op. 136 bis z 1982 roku (oficjalne op. 136 to IV Sonata na altówkę solo).


Cechą wyróżniającą muzykę tego kompozytora jest skupienie na aspekcie melodycznym – właściwie każda z zarejestrowanych sonat zbudowana jest na kantylenowych, długoodechowych tematach. Oba instrumenty pozostają ze sobą w permanentnym dialogu, jak choćby w I części V Sonaty op. 53, gdy główna myśl wariacyjnie przepływa z fortepianu do skrzypiec i na odwrót. Motywy melodyczne powracają nieraz w odmienionej szacie harmonicznej, pojawiają się imitacje (fugato w finale tejże sonaty), a czynnik rytmiczny oscyluje między regularnością, motoryką a bardziej swobodną tanecznością. Tym właśnie Wajnberg różni się od Szostakowicza – jest zdecydowanie mniej „kanciasty” i nie obfituje w tak silne kontrasty materiałowe. Harmonicznie także plasuje się na bardziej konserwatywnej pozycji, pozostając pod większym wpływem Chopina i romantyków niż dwudziestowiecznych modernistów. Wyjątek stanowi tutaj wspomniana VI Sonata, w najbardziej nowoczesnej, jednoczęściowej, ale podzielonej na odcinki o różnym tempie formie język uległ najsilniejszemu schromatyzowaniu i nasyceniu dysonansami.


W nagraniu śląskich artystów wyraźnie słychać predylekcję do brzmień miękkich, pastelowych (wręcz impresjonistyczna barwa na początku finału V Sonaty), przy czym Wajnberg chyba celuje w rejony mroczniejsze i solidniej podparte w basie, którego tutaj chwilami jak na lekarstwo. Wybór temp przechylał się także w stronę umiarkowanych, przez co nieczęsta u Wajnberga groteska we wspomnianych scherzach wypadła nazbyt łagodnie. Dramatyczny sznyt zaprezentowali natomiast (tu przy fortepianie zamiast Dagmary Niedzieli – Mateusz Rożek) w najbardziej wirtuozowskiej VI Sonacie z rozbudowanym, niezwykle trudnym wstępem solowych skrzypiec; zresztą zabrzmiała ona najlepiej z całego krążka, zwłaszcza pod względem operowania przestrzenią i czasem. Wciąż jednak oczekiwałem brzmienia gęstszego, pełniejszego i romantycznie przepojonego emocjami, krótko mówiąc – jest to bardzo zachowawcze granie.


Pod wieloma względami dorobek Mieczysława Wajnberga można określić mianem „problematycznego” – był bowiem jednym z najpłodniejszych twórców zeszłego stulecia. Wystarczy wymienić tylko 26 symfonii (w tym 4 kameralne), 18 koncertów, 17 kwartetów smyczkowych, 6 oper i muzykę do kilkunastu filmów (w tym do fenomenalnego Lecą żurawie). Im wyższy numer opusowy, tym kompozycje zyskują na głębi wyrazu i jakości artystycznej, czego dowodem są ostatnie symfonie. Jednocześnie trudno każdy utwór okrzyknąć mianem arcydzieła; sonaty skrzypcowe może nie należą do tych najwyższej próby, niemniej stanowią wartościowy łącznik między epigońskim romantyzmem (tu waloryzowanym pozytywnie) a Prokofiewem i Szostakowiczem. Zestawienie trzech z nich różnych od siebie o kilka, kilkanaście lat dodatkowo nakreśla czytelną linię rozwoju stylu Wajnberga, co jest nieocenionym walorem niniejszego albumu.

66 wyświetleń0 komentarzy