Wyznania

Słucham II Kwartetu smyczkowego „Listy poufne” Leosza Janaczka i czytam jego listy do Kamili Stösslowej. „Stoisz za każdym dźwiękiem, Ty, żywa, silna i kochająca. Zapach Twojego ciała, żar Twoich pocałunków – nie, raczej moich. Nuty, które stawiam, całują Ciebie. Wzywają Cię namiętnie…” – tak pisał w jednym z ponad 700 listów wysłanych do dalekiej ukochanej. Miłość tragiczna, nigdy nie skonsumowana, wobec zazdrosnej Zdenki Janaczkowej i znaczącej, blisko czterdziestoletniej różnicy wieku między Kamilą a kompozytorem. Z kwartetu płynie wyznanie osobiste, pełne miłości, zatrutej jednak goryczą i drgającej pożądaniem.


Ale dzisiaj nie o Janaczku, a ostatniej Śląskiej Trybunie Kompozytorów. Tegoroczną odsłonę trzech koncertów (w dwa z nich ja i BM byliśmy zaangażowani jako prelegenci, stąd o nich milknę) domknął występ ReVerb Ensemble w katowickiej Akademii Sztuk Pięknych ponad tydzień temu, bo 25 listopada.


Choć z angielska brzmiąca nazwa zespołu nie wyjawia, że to kwartet smyczkowy (w składzie Agnieszka Bugla-Bylica, Anna Kuk, Jacek Stolarczyk i Piotr Gach), można się wszakże domyślać, że w centrum ich zainteresowań leży muzyka współczesna. Powołany do życia kilka lat temu skupia absolwentów akademii w Katowicach, Krakowie, Londynie i Wiedniu. Ich koncert poniekąd wpisywał się w tegoroczne obchody 70. urodzin przedstawicieli Pokolenia ’51. Relief dla Andrzeja Aleksandra Lasonia okalały bowiem kompozycje jego uczniów: Sonii Brauhoff, Justyny Kowalskiej-Lasoń i Krzysztofa Wyglądacza.


ReVerb Ensemble / fot. Przemysław Scheller


Industrialne wnętrze, zimne, betonowe ściany nie sprzyjały wytworzeniu atmosfery pełnej kameralnego ciepła. Wystarczyło jednak by zgasły światła (muzycy grali wyłącznie przy oświetleniu z lampek przy pulpitach) i rozległy się pierwsze dźwięki In nomine… Sonii Brauhoff, by można się było przenieść się w stronę osobistej kontemplacji. Tytuł mógłby odwoływać się do gatunku popularnego w szesnastowiecznej Anglii; tu intencją kompozytorki była transcendencja codzienności, a nie opieranie się na zastanych formach. Proste, ale przemawiające do ludzkiej emocjonalności frazy układały się w kilka skontrastowanych odcinków z dominacją raz czynnika melodycznego, raz rytmicznego. A wydźwięk - quasi-religijny, kierujący do Niego.


Jeszcze bliższa muzycznej estetyce swojego nauczyciela była natomiast Justyna Kowalska w A light exists in spring, trwającej niespełna kwadrans kompozycji pełnej eufonii, powracających myśli tematycznych, drobnych glissand i muzycznego światła, tradycyjnie kojarzonego z wysokim rejestrem. Formę dynamizowały epizody o większej swobodzie rytmicznej, wnoszące konieczny kontrast wobec statyki głównych fragmentów. I piękna konkluzja – rozpływający się gdzieś w inną rzeczywistość jasny flażolet. Na podobnej zasadzie strukturalnej zbudowany był również Relief dla Andrzeja Aleksandra Lasonia. Notabene, niedawno tę kompozycję wykonał także Kwartet Śląski i, przy pełnej mojej admiracji dla tego zespołu, muszę przyznać, że ReVerb Ensemble wydobył z niej o wiele więcej barw. Długie solo altówki, rozpoczynające Relief, brzmiało jak płynący z głębi serca lament, a środkowe confutatio dobitnie napędziło narrację.


Najbardziej intrygująco z programu całego koncertu wypadł kwartet O nadziei Krzysztofa Wyglądacza. Twórca nie ukrywa swoich inspiracji twórczością Wolfganga Rihma, jednego z największych niemieckich kompozytorów ostatniego półwiecza. W ostatnich dekadach twórczości autora Jagden und Formen emocjonalne „trzewia”, ewokujące stany graniczne, zostały przefiltrowane przez szeroką kantylenę. W kwartecie Wyglądacza warstwa dźwiękowa miotała się (to chyba dobre słowo, wnoszące odrobinę agonicznej dychotomii) właśnie między brzmieniami perkusyjnymi i stopniowo odsłaniającą się eufonią. Wyraźnie pieśniowy temat kojarzył mi się z ludowymi pieśniami angielskimi, mimo że kompozytor zarzekał się, że nie umieścił żadnego cytatu. O nadziei skończyło się ambiwalentnie – najdłuższy odcinek instrumentalnego śpiewu, gdy już spodziewałem się domknięcia w tym tonie, przerwały głuche efekty perkusyjne. Jakby mówił: „trzeba mieć nadzieję, ale myśleć realnie”.


Większy problem interpretacyjny sprawił mi domykający wieczór II Kwartet smyczkowy „Iluzoryczny blask” Ignacego Zalewskiego (jedynego nie-Ślązaka w programie), w którym oprócz warstwy dźwiękowej, zakomponowana została warstwa wizualna. Estetyka dźwiękowa grawitowała ku neoromantyzmowi, zaś na ścianie wyświetlano zmieniające się obrazy, przedstawiające lekko nadpalone bawełnopodobne rośliny, mchy, itp. Oba składniki, wizualny i dźwiękowy, miały swój czar, ale po zsumowaniu nie skutkowały czymś więcej. Czasem takie wchodzenie sobie w drogę może dać zaskakujący rezultat, tu – rozpraszało uwagę i nie wiadomo było, na czym się skupić.


Kto spodziewał się po tym koncercie sonorystycznych fajerwerków, mógł się zawieść. Pięć osobistych wyznań, spójnych i dotykających wrażliwości zupełnie inaczej niż niektórzy tego oczekują. Wyznań płynących z głębi serca jak muzyka w Kwartecie Janaczka.

97 wyświetleń0 komentarzy