Zegarki, szmery i kolorowe skarpetki

Muzyczny rok inaugurujemy postem poświęconym pierwszemu koncertowi Orkiestry Muzyki Nowej w 2022 roku. Niepisaną tradycją stało się, że w styczniu zespół pod dyrekcją Szymona Bywalca bierze na warsztat kompozycje nieco bardziej eksperymentalne, korzystające ze środków wykraczających poza dźwięki, ale włączające nowe media, teatr instrumentalny czy performance. Po m.in. Branches Johna Cage’a na amplifikowane kaktusy, Innerealization Franciszka Araszkiewicza z elektroniką sterowaną falami mózgowymi oraz Scratch Rolfa Wallina na pocierane balony nadszedł czas na Pera Nørgårda, Jennifer Walshe i Michaela Beila. Po kolei.


Jak to jest grać utwór specjalnie stworzony dla siebie? Takie pytanie nasunęło mi się, gdy słuchałem Nine friends Pera Nørgårda na dziewięć instrumentów, kompozycji z 1984 roku, pierwotnie na fortepian, a w uznaniu dokonań OMN zinstrumentowanej na ich skład. Premiera tej właśnie wersji miała miejsce dziewięć lat temu w Danii na 80. urodziny kompozytora i trzeba od razu powiedzieć, że bez części ósmej, ponieważ ta nieco wykracza poza możliwości instrumentalistów (także bez niej obył się niedzielny koncert). Każda z dziewięciu części oznaczona jest dedykacją dla któregoś z przyjaciół Nørgårda, trochę na zasadzie Wariacji „Enigma” Elgara albo Makrokosmosu Crumba. Jako leitmotivy przewijały się charakterystyczne, wpadające w ucho melodie, wzięte z różnych utworów kompozytora – pieśni czy preludiów. Wydawałoby się, że będzie „łatwo, prosto i przyjemnie”, jednak nic bardziej mylnego – faktura od prawie przezroczystej zaczynała gęstnieć, rytmy komplikować się, co miało swoją kulminację w tangu Big Brother (nr 5). Przy skromnej obsadzie (kwintet dęty, trio smyczkowe i fortepian) każdy z instrumentalistów miał swoje solo, co nadało całości posmaku serdecznego muzykowania.


O ile suita Nine friends nie wyróżniała się niezwykłymi efektami (na marginesie, to po prostu bardzo dobrze skomponowany utwór), szala nietypowości przychyliła się w stronę dwóch kolejnych punktów programu. Zusammen I Jennifer Walshe, irlandzkiej kompozytorki, obecnie badającej muzykę postinternetową, plasowało się między teatrem instrumentalnym, performancem a kompozycją „do grania”. Prosta partytura (zaledwie dwie strony A4), składająca się z szeregu poleceń, np. „zagraj biały szum”, „idź na stronę i rozpocznij powolny taniec”, uruchomiła w wykonawcach (obowiązkowo w kolorowych skarpetkach) pokłady umiejętności aktorskich, często przecież zagłuszanych sytuacją tradycyjnego koncertu. Flecistka – Alicja Lizer-Molitorys – w pewnym momencie udawała, że strzela z pistoletu, kontrabasista – Łukasz Bebłot – śpiewał w trakcie gry, ale rola życia i tak przypadła fagociście, Jackowi Olesikowi, który niczym w pijackim widzie tańczył dziwny taniec-połamaniec między pozostałymi wykonawcami. Mimo całej otoczki akcyjnej, z Zusammen I płynęło przesłanie czułości, potrzeby bliskości z drugim człowiekiem, przynależności do grupy (stąd tytuł – Razem), a szmerowa tkanka muzyczna prowokowała do wytężenia uwagi i ciągłego bycia w tej muzyce. Warto dodać, że za warstwę reżysersko-choreograficzną odpowiedzialna była Ilona Jagoda, która poprzez zastosowane rekwizyty (np. lampkę na koniec) podkreśliła jeszcze dobitniej pełną nadziei wymowę utworu.


Im dalej w koncert, tym coraz ciekawiej! Na domknięcie zabrzmiała kompozycja Exit to enter Michaela Beila. Dotychczas pominąłem najbardziej tajemniczy aspekt koncertu, czyli zagospodarowania przestrzeni sali. Część estrady została bowiem zasłonięta czarną płachtą, za którą znajdował się zespół; było mini-atelier fotograficzne z obrotowymi stołkami oraz ekran do wyświetlania projekcji. Warstwę dźwiękową Wyjdź, aby wejść określiłbym mianem minimalistycznej – jeden, wyraźnie sprofilowany motyw rytmiczny przewijający się przez całą kompozycję. Na tym tle rozwijały się etiudy aktorskie – muzycy siadali na krzesełkach, byli filmowani, a następnie film automatycznie przetwarzał się wedle programu komputerowego i wyświetlał na ekranie. Tworzyła się wówczas niezwykła iluzja – gest odpowiadał dźwiękom (np. ruch jakby uderzało się w talerz, udawane pocieranie smyczkiem), czasem jednak był w zupełnej niezgodności. Gdyby jeszcze komuś mało, nagle pojawił się cytat z taśmy z Turangalîli Messiaena, piękne solo fal Martenota z Chant d’amour. Efekt dziwnego serenité może właśnie miał być tym „wyjściem” z tytułu? Przeniesieniem się do innej rzeczywistości, by zrozumieć, co nas naprawdę otacza? Po niebiańskim urywku znowu wróciliśmy do świata jak z Dzisiejszych czasów, klasycznej komedii z Charliem Chaplinem. Bo w sumie kompozycja tryskała humorem, chociaż mocno ironicznym w stosunku do tempa życia i maszynowości. Wykonawcy jako mechanizm – to już było, ale Beil wyciąga z tego ostateczne konsekwencje, nakładając na siebie zdarzenia ad absurdum. Cała misterna konstrukcja nie mogłaby obyć się bez wykonawców najwyższej próby – OMN do takich przecież należy. Wprawdzie nie obeszło się bez drobnych potknięć technicznych (czasem zamiast wideo wyświetlały się zielone prostokąty), nie wpłynęły one na odbiór całości – a nawet więcej – pokazały, że każda maszynka czasem może się zaciąć.


Koncert minął, a moje oszołomienie po zegarkowej maestrii Beila wciąż się utrzymuje. OMN miał w niedzielę silną konkurencję w postaci występu Miuosha i Zespołu „Śląsk” z Pieśniami współczesnymi, o czym świadczy choćby fakt, że przed tym drugim kolejka do szatni stała już na zewnątrz. Notabene, takie tłumy widziałem wcześniej chyba tylko gdy do NOSPR zawitali Berlińczycy. Cóż, można snuć bogate refleksje na temat popularności (i efemerycznej „wyższości”) jednej kultury nad drugą – tego nie zamierzam robić. Powiem jedno – kto wybrał OMN, ten z pewnością się nie rozczarował.

111 wyświetleń0 komentarzy